Rowerem po Helsinkach

Rowerem po Helsinkach

Muminki, Święty Mikołaj, renifery, Nokia i sauna – to wszystko znaki rozpoznawcze Finlandii. A rowery? Wydawać by się mogło, że w kraju w którym zima trwa ponoć 9 miesięcy, nie ma miejsca na ruch rowerowy. Podobnie jednak jak reszta Skandynawów, Finowie stawiają bardzo serio na tę formę transportu i nawet w zimie wielu z nich nie rezygnuje z dwóch kółek.

Od razu muszę zaznaczyć, że nie wszystkie fińskie rozwiązania można uznać za warte naśladownictwa. Specyficzny jest stosunek do rowerzystów jako takich. Na fundamentalne pytanie: „kim jest rowerzysta” – A) kierowcą czy B) rodzajem pieszego, Finowie odpowiedzieli sobie bowiem już dawno: „zdecydowanie B”. Trzeba przyznać, że są w tym przynajmniej konsekwentni, choć takie podejście różni się diametralnie od stanowiska Holendrów czy Duńczyków, na którym my staramy się wzorować. Nikogo nie dziwi więc, że droga dla rowerów kończy się na chodniku, po którym rowerzysta kontynuuje jazdę. Dominują zresztą drogi dla pieszych i rowerów, na których – przynajmniej teoretycznie – to piesi są grupą uprzywilejowaną. Podobnie często brakuje przejazdów rowerowych czy osobnej sygnalizacji, a cykliści korzystają po prostu z pasów razem z pieszymi, nie wiem nawet czy legalnie, ale wszyscy tak robią. Konsekwencją fińskiego podejścia jest również dominująca tendencja do separacji ruchu rowerowego, co nie zawsze się sprawdza. Plusem są za to bardzo przyjemne drogi przez parki (np. pięciokilometrowy Kaivopuisto, biegnący brzegiem morza) czy lasy. Ścieżki takie biegną w oddaleniu od głównych arterii drogowych. Te ostatnie są zresztą jak ze snu polskiego drogowca. Niestety.

Chociaż to pewnie akademickie Turku należałoby uznać za rowerową stolicę kraju, to także Helsinki nie mają się czego wstydzić. Wedle danych helsińskiego ratusza w mieście znajduje się 750km ścieżek rowerowych, co samo w sobie robi spore wrażenie (przy całym sceptycyzmie dla mierzenia jakości infrastruktury ilością DDR). W efekcie, inaczej niż w Polsce, w tym w Krakowie, praktycznie każdy punkt w Helsinkach jest dostępny na rowerze. Rowerem można się także w miarę wygodnie poruszać między miastami, zarówno w aglomeracji Helsinek (Espoo, Vantaa), jak i dalej.

Na każdym kroku widoczne są ułatwienia dla rowerzystów. Jeśli na czas remontu konieczne jest zamknięcie jakiegoś fragmentu drogi rowerowej, zawsze można liczyć na objazd, choćby po wyłączonej z ruchu samochodowego części jezdni. Szczególnie po najnowszych inwestycjach widać, że rowerzyści są oczkiem w głowie lokalnych władz. Przykładem niech będzie choćby Baana – wydzielona droga dla rowerów prowadząca w wykopie po zlikwidowanej kolejce, łącząca centrum z zachodnimi dzielnicami. Nie brakuje również stojaków – nieco innego typu niż znane w Polsce – jest to najczęściej słupek z łańcuchem po dwóch stronach, który służy do zapięcia dwóch rowerów o-lockami. Parkingi rowerowe często bywają zadaszone – Finowie trzymają swoje rowery na zewnątrz przez cały rok. Sporo rowerzystów korzysta z możliwości zabrania dwóch kółek do metra, nie wolno ich niestety wozić tramwajami i autobusami.

Mimo tego co można zobaczyć na Helsinki Cycle Chic, zdecydowanie dominują, jak w całej Finlandii, lajkrowcy w kaskach i okularkach. Używanie kasku jest zresztą obowiązkowe, ale za jego brak nie grozi żadna kara. Kolejna rzecz, na której nie warto się wzorować. Zachęty do jazdy rowerem działają – zauważyłem w tym roku 20% wzrost liczby rowerzystów odnotowanych przez licznik w Baanie w stosunku do 2012 r. Być może niektórych zaciekawi informacja, że fińscy rowerzyści to również patrioci – dominują lokalne marki Tunturi i Helkama. Nie bywałem jeszcze w Finlandii zimą, ale wiem z relacji znajomych, że nawet wtedy amatorów roweru nie brakuje. Białe drogi i zimne wiatry nie zachęcają, ale przynajmniej nie odstrasza ich smog – Helsinki szczycą się najwyższą jakością powietrza wśród europejskich stolic.

To, co niewątpliwie różni stolicę Finlandii od Krakowa, to poziom odczuwalnego bezpieczeństwa. Kultura jazdy autem jest taka sama, jak we wszystkich zachodnich krajach. Polski rowerzysta nieraz dębieje, gdy samochody zatrzymują się przed pasami (bo przejazdu nie ma, jak już wspominałem), choć nawet jeszcze nie zaczął się do nich zbliżać. Wyprzedzenie roweru wedle fińskiego standardu wymaga nie metra, ale trzech. Pomimo nie zawsze najszczęśliwszych rozwiązań infrastrukturalnych, można bez opieki pozwolić na jazdę po mieście 10-latkowi.

Wypadałoby jeszcze dodać coś od siebie. Czemu, gdy myślę o rowerowym raju, przypomina mi się widok naszych rowerów i zachodzącego słońca nad wyspą Lauttasaari? Nie umiem tego w prosty sposób wytłumaczyć.

Hubert Mazur

Tekst pochodzi z Masówki, gazetki Krakowskiej Masy Krytycznej, z numeru 11/2013

Jesteśmy ekipą Masówki - gazetki Krakowskiej Masy Krytycznej. Nasze archiwalne numery można znaleźć tutaj: http://issuu.com/krakowskamasowka Najnowszy numer jest do zdobycia na każdej masie!

  • barklu

    Gdzieś czytałem, że łączenie ruchu pieszego z rowerowym wynika właśnie z długiej zimy, m.in. dlatego że chodniki i drogi rowerowe odśnieżane są w pierwszej kolejności, potem dopiero jezdnie. Nie sypie się soli. To kierowcy mają poradzić sobie ze śliskością. A rowerzyści jeżdżą w takich warunkach raczej powoli.

    Warto zauważyć, że u nas przez większą część roku panuje raczej pogoda duńsko – holenderska, więc na tamtych rozwiązaniach powinniśmy się wzorować. A w przypadku zimy w stylu fińskim, w Polsce także wolno jechać po chodniku.

  • Nipsu

    Nawet mimo tego, że w Finlandii rzekomo rowerzystę traktuje się jak pieszego, to nikt tam nie mówi że rowerzysta przekraczając jezdnię „ma pierwszeństwo ale go nie ma”, jak to próbuje się lansować u nas. Po pierwsze – królują sygnalizacje świetlne, rzadko kiedy rowerzysta musi przekraczać jezdnię w miejscu, gdzie nie ma świateł. A jeśli już tak jest, najczęściej na wyjazdach z osiedlówek na główne drogi, to kierowca dodatkowo pod znakiem „ustąp pierwszeństwa” ma tabliczkę, że ma spodziewać się rowerzystów nadjeżdżających z obydwu stron (jeśli droga dla rowerów po tej stronie drogi jest dwukierunkowa). Podobne tabliczki stosuje się swoją drogą w Niemczech.