Uczłowieczmy na nowo zakupy – dzięki rowerowi

Uczłowieczmy na nowo zakupy – dzięki rowerowi

Polacy nienawidzą hipermarketów. Bo należą do zagranicznych kapitalistów i wyprowadzają pieniądze za granicę, bo zatrudniają na umowy śmieciowe, bo zajmują cenne działki w centrach miast, bo sprzedają pomidory z Hiszpanii, itd., itp.

Nienawidzimy hipermarketów… i ciągle w nich kupujemy. Weekendowe zakupy stały się dla wielu tym, czym dawniej był rodzinny spacer, czy wyjazd za miasto. Nic dziwnego, robiąc zakupy na cały tydzień możemy sporo zaoszczędzić, w dodatku w jednym miejscu znajdziemy wszystko, co przeciętnemu Kowalskiemu do życia potrzebne. Resztę nabędziemy w przyhipermarketowych galeriach.

Tak się składa, że mieszkałem niedaleko jednego z pierwszych, jeśli nie pierwszego krakowskiego hipermarketu. Wielokrotnie jadąc autobusem pospiesznym „B” słyszałem pytanie rzucone przez otwarte przednie drzwi: „jedzie pan do żantu?” Na przystanku przy Bora-Komorowskiego autobus wypełniał się rodzinami objuczonymi wypełnionymi reklamówkami, a często również wielkogabarytowymi zakupami z pobliskiego marketu budowlanego, również pierwszego w Krakowie. Było to w połowie lat ’90.

Po niemal 20 latach Kraków się znacznie zmienił. Hipermarketem poszczycić może się już chyba każda dzielnica. Wygodny dojazd do wielopoziomowych parkingów nowych centrów handlowych zapewniają specjalnie do tego budowane estakady, rampy i tunele. Niegdyś piękne darmowe autobusy dowożące klientów pod same drzwi marketów albo trafiły w ręce tanich przewoźników, bądź zostały zlikwidowane. A Kowalscy z pełnymi siatami nie ładują się już do nie mniej wypchanej komunikacji miejskiej – wsiadają do własnego, specjalnie na tę okazję wypucowanego, samochodu.

Nie ukrywam, że jestem jednym z tych Kowalskich. Może nie myję auta specjalnie na zakupy, może nie traktuję wizyty w markecie jak kulminacji weekendu, jednak wciąż chodzę do marketu po zgrzewkę wody, sześciopak piwa, hurtowe ilości proszku do prania itd. Ułatwia mi to fakt, że pracuję niemal w centrum handlowym, więc zakupy tuż po pracy są czymś logicznym. Ale tu pojawił się problem. Problem skłonił mnie do rozważań, które właśnie czytasz i okazało się, że problem jest zupełnie pozorny.

Chodzi o to, że przez większość czasu do pracy nie jeżdżę samochodem, lecz rowerem. W dodatku jedyna rzecz przy moim rowerze, która nadaje się do przewożenia czegoś to torba-mapnik na kierownicę. Torba zmieści cztery browary, ale zgrzewki wody już nie. W pewnym momencie coraz częściej zacząłem robić zakupy koło domu. Nie mając na rowerze koszyka, czy kufra mogę przecież przejechać kilkaset metrów z torbą zakupów w ręku, nie utopię się we własnym pocie jeśli przewiozę coś w plecaku, albo mogę rower zostawić w domu i do sklepu pójść na nogach. Poważnie myślę o kupnie roweru miejskiego, z możliwością komfortowej jazdy z większą ilością towarów.

Kupując w okolicznych sklepach odkrywam ich zalety: Wędliny są lepszej jakości, warzywa są świeższe i statystycznie bardziej polskie. Nie przeklinam klientów, którzy do kasy przede mną wzięli towar bez kodu, ba, zdarza mi się nawet spotkać sąsiada, zażartować z panią z budki z warzywami lub prosić o rekomendację najlepszej kiełbasy nie ryzykując mroźnego spojrzenia zza lady i warkotu klientów w kolejce za mną.

Jest drożej – powiecie. Owszem, jednak rezygnując z samochodu oszczędzam na paliwie tyle, że pokrywa to z nawiązką tę różnicę. Nie stojąc w korkach zyskuję czas, by obejść kilka sklepów i spokojnie wybrać to, czego potrzebuję. I nawet jeśli w drodze powrotnej przypomnę sobie, że o czymś zapomniałem, by kupić tę rzecz nie muszę przemierzać hektarów półek i kilometrowych kolejek do kas.

Jako naród ciągle narzekający i cierpiący narzekamy i ubolewamy nad upadkiem osiedlowych sklepów i drobnych lokalnych punktów usługowych. Często jednak nie zdajemy sobie sprawy, że wysyp wielkich centrów handlowych nie tylko zmienił nasze zwyczaje zakupowe, ale również sposób planowania czasu i zwyczaje komunikacyjne, stworzył popyt na wielkie podporządkowane samochodom inwestycje drogowe w centrach miast, jeszcze bardziej odczłowieczając miejską przestrzeń. Przesiadając się na rower w drodze do szkoły, pracy, czy na zakupy, choćby w drodze powrotnej, nie tylko oszczędzamy czas, pieniądze i nerwy, ale również wspieramy lokalny, rodzimy biznes, a nawet być może natkniemy się na jakąś sympatyczną osobę, z którą w innej sytuacji nie mielibyśmy szansy na kontakt.

Hejter i cyklista. Twórca fanpage'a "Krakowskie Niedasie - Produkt Regionalny".

  • Krzysztof Kozłowski

    Bardzo ładne.

    Niestety ostatnio łatwiej znaleźć market/markecik/dyskont/płaza/ niż sklep osiedlowy.
    Te są na wymarciu i jak ich właściciele odejdą na emeryturę to znikną.

    A co do samych marketów….
    Niby mają wszystko niby ułatwiają…
    Ale jak się nie godzi na kupowanie tego co mają w danym markecie a chce się kupić konkretne produkty to człowieka może szlak trafić bo musi odwiedzić trzy biedronki dwa Tesco i jeszcze reala i inne paskudne miejsca….

    A mały sklep „w bloku” mógł mieć wszystko czego okoliczni mieszkańcy chcieli… Bo ich znał.

    Kult pogoni za taniością nas niszczy.

  • Jakub

    Pozostaje jeszcze pytanie, po co kupować tę zgrzewkę wody, skoro woda z kranu jest co najmniej tak samo dobra? Z wodą źródlaną/ mineralną jest podobnie, jak z samochodami — uwierzyliśmy jej producentom, że tylko ona nadaje się do picia.

    • Krzysztof Kozłowski

      Pomijając koszmarny kamień… To prawie ta sama woda…
      Poza tm niektórzy kupują mineralną…
      Co więcej woda z kranu jest sztucznie uzdatniana…
      A dobra mineralna filtrowana przez naturę…. ;)

      I syfony do wody drogie jakieś takie….

      • Jakub

        Nie rozumiem, co jest koszmarnego w kamieniu. Wg Ciebie to coś innego niż te ,,minerały” w wodzie mineralnej?

  • Heniek

    Jezeli robie zakupy za 100 zlotych, to oczywisice ze oplaca sie jechac do marketu na druga strone miasta. W Krakowskich „osiedlowkach” roznica wzgledem marketu to nie 10 groszy, ale przewaznie 1pln na produkcie za 3 plny… np. parowki, np. zel pod prysznic to 15 pln vs 10 w markecie… To nie jest tak, ze dziadunio postawil sobie budke i zly francuz chce go pozbawic srodkow do zycia, ten dziadunio ma sklep obliczony na zysk, wiec bedzie zdzieral – w koncu ma znacznie mniejszy utarg.

    Dopiero w malych sklepach nauczylem sie sprawdzac daty waznosci, czesto towary na polkach sa zakurzone, bo tam malo kto kupuje drozsze rzeczy. Piekarnia ma sens, ale nie sklep gdzie jest przeterminowany majonez za 10pln… No przepraszam bardzo, wedliny z osiedlowego to jest lotto, zalezy czy ostatnio schodzilo i jest nowe, czy odswierzane… Nie wiem tez dlaczego pomija sie kwestie wyboru, jezeli ktos mi powie ze osiedlowy ma taki sam wybor jak hipermarket, to znaczy ze mowi co najwyzej o alkocholu, bo wybor przewaznie jest miedzy smietana 12 a 18…

    • lukasz

      Po rzeczy trwale, rzeczywiscie oplaca sie jezdzic do supermarketu. Mozna sporo zaoszczedzic. Tak samo na chemii i kosmetykach. I chyba byloby na tyle. Bo jezeli chodzi o alkohol to prozno szukac dobrego piwa w markecie, a dobre wina sprzedaje jedynie Lidl.
      W przypadku warzyw, owocow a juz w szczegolnosci miesa i wedlin zupelnie sie nie zgadzam. To co czasem mozna kupic w supermarkecie wola o pomste do nieba. Warzywa bez smaku, zreszta glownie importowane wiec solidnie zakonserwowane. Wedliny jesli sa gdzies odswiezane to glownie w supermarketach. Miesa niby w promocyjnej cenie zazwyczaj jest wypelnione woda co widac po wrzuceniu na patelnie.

      Wlasnie dlatego owoce i warzywa kupuje na placu imbramowskim gdzie wszystko jest swieze, a co najlepsze tansze niz w supermarketach (poza niektorymi warzywami i owocami ktore sa importowane). Co do wyboru to supermarkety w szczegolnosci jezeli chodzi o przyprawy i produkty bardzo nietypowe moga sie przy ibramie schowac. Wczesniej jak robilem zakupy w marketach a mialem do kupienia kilka nietypowych produktow musialem latac do 3-4 sklepow i czesto gesto i tak wracalem bez 1-2 produktow. Na imbramie jeszcze mi sie do nie zdazylo.

      Polecam rowniez, na placu kupowac orzechy, migdaly, nasiona, suszone owoce, ktore sa nawet o polowe tansze niz paczkowane w marketach.

      Wedliny i miesa rowniez sa swietne. Moze i nieco drozsze (choc stosunkowo niewiele) to jednak dzieki temu, ze na Imbramie jest kilkanascie sklepow miesnych, do ktorych miesa dostarczaja rozni lokalni dostawcy, nie ma mowy o nieswiezych czy odswiezonych wedlinach i napompowanym miesie. To jest dopiero wybor, jak masz kilkanascie sklepikow a nie dzial miesny w supermarkecie gdzie dostarcza mieso jedna firma, majaca na zadanie dostarczyc jak najtaniej.

      Wspomne jeszcze o sklepie z produktami mlecznymi. Doskonale mleko, jogurty, kefiry, sery owcze, kozie, normalne, ktore maja smak w przeciwienstwie do calego tego E500, E431, E643 dziadostwa z marketow.

      A co najsmieszniejsze Plac Imbramowski ma sie swietnie pomimo towarzystwa Biedronki i Kefirka. To chyba jednak o czyms swiadczy:-)

      • max

        @lukasz, widać, że dawno w TESCO nie byłeś… ;))) Nie ma dobrych piw ?… A Ciechan to pewnie szit… ? ;)))

      • lukasz

        Ciechan jest ok, ale to juz powoli zrobilo sie piwo masowe:-) Mowie o takich naprawde lokalnych piwach, robionych w limitowanych seriach, np PLON. Tego w Tesco nie dostane. Bo oczywiscie sprzedaja w Tesco tzw. lokalne piwo i mozna wybrac cos poza tyskaczem, zywcem, okocimiem, zubrem, tatra i harnasiem, ale mimo wszystko wole pojsc do malego sklepiku z piwem gdzie wybor bede mial jeszcze wiekszy i ciekawszy:)

      • max

        Ciechan to tylko pierwszy z brzegu przykład jaki przyszedł mi do głowy. W TESCO można znaleźć dziesiątki tzw. niszowych rodzajów piw w tym np. tak egzotyczne jak białoruskie (sic!) przeniczne o nazwie KULT (nb. bardzo dobre). Sam to zresztą przyznałeś, przecząc tym samym swoim własnym słowom z poprzedniego posta (cyt.: „prozno szukac dobrego piwa w markecie”). A że nie ma akurat twojego ulubionego PLONa, to inna sprawa, tylko czy w każdym małym sklepiku z alkoholami go znajdziesz ?… ;)

      • lukasz

        Ok, moze i znajde sporo niszowych piw, ale i tak wiekszy wybor bede mial w malym sklepiku specjalizujacym sie w piwach wiec dalej wole tam pojsc:-) Juz nie mowie o tym, ze w takim sklepie moge ze sprzedawca pogadac i zasiegnac jego opinii, a takze dowiedziec sie o nowosciach, czego w Tesco nie doswiadzcze:)

      • max

        Oczywiście jak najbardziej zgadzam się z twoimi argumentami, co jednak nie zmienia faktu, że w TESCO (i w innych hipermarketach pewnie też) SĄ dobre piwa, wbrew temu, co napisałeś wcześniej… ;) A może sięteż zdarzyć że w TESCO trafisz jakieś piwo, którego nie znajdziesz w żadnym małym sklepiku alkoholowym.

        Teraz, wracając do tematyki rowerowej, kto mi przywiezie 2 skrzynki piwa z małego sklepiku… rowerem ? ;)

      • Krzysztof Kozłowski

        A mogę je na czas transportu przelać do sakw? ;)

      • max

        Nie. Chcę kupić 40 różnych piw jakie mają w sklepiku i je zdegustować… :)

      • Krzysztof Kozłowski

        Strasznie jesteś wymagający…
        Jakby mix z piw był niedobry.

        Ale skoro nalegasz.

        Takim cudem przewieziesz nawet ze trzy ;) tylko na krawężniki uważaj.

      • raj

        @lukasz: No wiesz, z tym placem Imbramowskim to przesadziłeś… Z punktu widzenia transportowego jaka to różnica, jechać przez całe miasto na plac Imbramowski czy jechac przez całe miasto do supermarketu? Tak czy siak, skoro juz masz jechac przez całe miasto, to kupisz dużo i weźmiesz w tym celu auto.
        W tekście jest mowa o supermarketach vs. lokalnych małych sklepach, które masz nie dalej niż kilka minut od domu, więc nie musisz jeździć do nich autem i nie robisz tam wielkich zakupów. Plac niestety nie mieści się w tej kategorii, zdecydowana wiekszosć mieszkańców Krakowa nie ma żadnego z krakowskich targowisk w zasięgu kilku minut od domu…

      • raj

        @lukasz: no i jeszcze pomijam fakt, że na targowisku zazwyczaj mozesz zrobić zakupy tylko w tym czasie, kiedy zazwyczaj jest sie w pracy (albo dziko wcześnie rano, jak na „Twoim” placu Imbramowskim, a jakos zupełnie mi się nie usmiecha wstawac o 4 rano i zapieprzać na drugi koniec miasta tylko po to, zeby sobie pare jarzynek kupić).
        Sklepy bywają otwarte na tyle długo, ze nawet wychodząc późno wieczorem z pracy jeszcze zrobisz zakupy (a są też i całodobowe).

      • Krzysztof Kozłowski

        @raj mylisz się.
        Place są rozsiane po Krakowie. Imbramowski wcale nie jest tym najlepszym.
        Ja go osobiście niespecjalnie lubię. Ma spory wybór a ceny średnie.
        Ale jest dla mnie „nie po drodze” mimo że często koło niego jadę ;)

        Problem w tym że powstające wszędzie dyskonty i markety niszczą jakiekolwiek małe sklepy. Tak samo jak powodują umieranie naszych „placów”.
        Jest ich wciąż kilkanaście jednak z roku na rok spada ich „oferta”.

        Nie są w stanie konkurować z taniością dyskontu.
        Wpajana nam przez KE polityka taniości i ciągła walka z „zdzierstwem” promuje kulturę kiepskiej jakości marketu.

        To co widzi się w Polsce jest niespotykane „na zachodzie”
        U nas najczęstszym widokiem jest logo biedronki, Lidla i żabki…
        Do dyskontu bliżej niż do auta na parkingu…
        Młodzi są nauczeni że market i galeria zapewni im wszystko.
        Młodzi są nauczeni grzać i chłodzić tyłki w galeriach.
        Młodzi są nauczeni że cena jest wyznacznikiem…. Co gorsza tańsze lepsze… a sprzedawca to zdzierca bo nie sprzedaje taniej niż biedronka.

        Niesamowitym jest to że to czego ludzie na zachodzie szukają my niszczymy.
        Miasto zamiast chronić i wspierać właśnie place targowe i małe lokalne firmy podnosząc tym jakość życia promuje molochy na niespotykaną na świecie skalę.
        W mojej opinii jest to zbrodnia.
        Kupienie wysokiej jakości produktów zaczyna być wyzwaniem.
        Niedługo to co eksportujemy na zachód przestanie być dostępne w Polsce.

        Zaryzykuje stwierdzenie że z każdego (prawie?) punktu w Krakowie do jakiegoś placu dojedziemy w 15 min rowerem…
        Problemem jest jakość tego dojazdu.
        Tu jest duża szansa takich miejsc na odbicie bo mogą zachęcić rowerzystów prostymi metodami. (stojaki)
        Niestety te miejsca nie umieją sie promować i dotrzeć do ludzi.
        Wiele osób nie wie że mają takie cudo w okolicy.
        No i podejście które zaszczepiała nam durna władza ze to co robili rodzice było złe wiec trzeba robić inaczej.
        Dal wielu plac jest miejscem dla „babci”.

        Pozostaje sprawa konkurencji. Na spadek cen na placach i w małych sklepikach nie ma co liczyć bo ci ludzie i tak już prosperują na zasadzie „wegetacji”.

        Jeśli nie zmienimy mentalności młodych „porównywaczy cen” za kilka lat obudzimy się z plagą szkodnika jakim jest biedronka…
        A będzie to zmutowana cholera na którą opryski nie pomogą.

        Duże zakupy to też jest choroba wywołana niedostatkiem.
        Nie ma gdzie blisko kupić potrzebnych produktów więc jedziemy do marketu a tam kupujemy wszystko i jeszcze trochę. Z zasady to co jest bo to czego chcemy często gęsto nie ma.

        Dla mnie największą przykrością po przeprowadzce na Prądnik z Krowodrzy był właśnie brak małych sklepów i placów.
        W zamian dostałem 4 biedronki reala tesco… kiepska alternatywa po latach mieszkania w miejscu gdzie mogłem kupić dobrą wędliny i jarzynę „pod domem”….

      • lukasz

        @raj
        Alez ja nie twierdze, ze masz na plac Imbramowski jechac autem z drugiej strony miasta. Dla wielu osob mieszkajacych w okolicy Imbram jest placem lokalnym do ktorego mozna podejsc na nogach jak do lokalnego sklepiku. A w promieniu 10 min rowerem jest pewnie kilkadziesiat tysiecy mieszkancow Krakowa. Jezeli chodzi o place targowe to wbrew pozorom jest ich calkiem sporo, choc czesto nie zdajemy sobie z tego sprawy.

        Sprawdz dokladnie czy w Twojej okolicy takiego placu nie ma. Jak nie kolo domu to moze kolo miejsca gdzie pracujesz albo gdzie bywasz jak jezdzisz zalatwiac codzienne sprawy. Ja korzystam z Imbrama bo pracuje obok, ale w drodze do domu moglbym jeszcze przejechac przez Plac na Stawach, jest tez maly plac na rynku Debnickim. A dzieki temu, ze jezdza na rowerze podjechanie na plac nie jest problemem bo nie musze nigdzie parkowac.

        Z innych placow masz Nowy Kleparz i plac na tylach LOTu przy Basztowej, na Woli Duchackiem sa nawet 2 place targowe.

      • max

        @Krzysztof K., ano jestem… ;) Jak idziesz do knajpy na obiad, to jest ci wszystko jedno, czy podadzą ci jak należy, czy zmiksowane w jednym garnku ?… ;)

        Przyczepka fajna, tylko gdzie ją miałbym trzymać jak nie mam garażu ani piwnicy ?… Auto może stać pod blokiem ale przyczepki tak nie zostawię bo na drugi dzień rano już jej nie będzie… No i 3 skrzynki bardziej czuć w nogach… ;)

      • Krzysztof Kozłowski

        O i to jest problem… Gdzie tego grata trzymać…
        Zresztą już trzymanie roweru to wyzwanie.
        Na ulicy można trzymać „grata” coś lepszego to nawet jak by wmurować mogło by dostać nóżek.
        Rower cargo wymaga garażu… Zresztą ma wiele wad auta.

        Przyczepka jest super ale trzymać gdzieś ja trzeba.
        Mam dla dziecka i leży złożona na szafie co ogranicza jej funkcjonalność bo składanie zajmuje czas…

        Jeszcze problem piwa można próbować rozwiązać tym choć cena nie zachęca a i pytanie czy piwo by zachowało pożądaną integralność.

        ale…

        Teraz prawdopodobnie stanę przed problemem dowożenia dziecka do szkoły 8km w jedną stronę.
        I idealnie by było rowerem ale co z przyczepką?
        Muszę ja zostawić albo targać pustą tam i z powrotem.
        A ze dziecięca jest rozbierana to nawet nie majak jej przykuć :(
        No i dowóz w inne miejsce odbiór z innego…
        Na dodatek pod domem też gdzieś ja trzeba trzymać ale gdzie?

        Dziecko samo nie pojedzie. Raz że 8km to sporo dwa że nie ma trasy którą była by szansa na bezpieczny przejazd trzy że z ~35min zrobiło by się pewnie ponad godzinę.
        Na fotelik za duże…
        No i jest problem…

        Coś co wydawało by się oczywiste nagle sprowadza się do tego że należało by wziąć samochód… :(
        Jak ktoś ma jakieś pomysły chętnie posłucham.

    • Krzysztof Kozłowski

      „To nie jest tak, ze dziadunio postawil sobie budke i zly francuz chce go pozbawic srodkow do zycia, ten dziadunio ma sklep obliczony na zysk, wiec bedzie zdzieral”

      Wiesz co….
      To jest tak że ktoś postawił sobie budkę płaci olbrzymie podatki płaci za towar gotówką a w najlepszym razie ma krótkie terminy i szarpie się żeby przeżyć chcąc godnego wynagrodzenia za swoją pracę.
      Jak chce zatrudnić to pracownicy mają wymagania które ciężko małemu spełnić.

      Ty nazywasz to zdzierstwem… ?
      Ta cholerna pogoń za taniością doprowadziła nas an skraj nędzy..

      A market?
      Podatków nie płaci albo płaci w Grecji.
      towar ma na długie nieraz kilkumiesięczne terminy czym doprowadza producentów do zadyszki.
      Nie płaci w terminie swoich faktur.
      Pracowników wykorzystuje jak chce…
      Kontrahentów jak darmową siłę roboczą. (jeden z większych graczy powiedział ze zapłacą mi za 8miesięcy…. !!! i jeszcze byli zdziwieni że ich wyśmiałem i kazałem spadać na drzewo bo jak to ze ja gardzę tak dużym zleceniem)

      Czy mają świeże?
      :)
      O wiele częściej zdarzyło mi się kupić coś „z wadami” w markecie niż w sklepie u „w pobliżu” (dla jasności nie mam na myśli sieciówek bo one działają jak markety)

      No i jeszcze ludzki wymiar…
      Gość ze sklepu „obok” mnie zna. Pogadamy…
      A w markecie?
      Kolejka i niezadowolona niewolnica przywiązania do kasy która patrzy na człowieka jak by się jej ojca gazetą zabiło…
      O facetach na kasach nie wspomnę bo nie wiem gdzie oni takie łamagi znajdują…

      A taniej jak się chce to na imbramowskim czy kleparzu się kupi :)
      Ale trzeba być stałym klientem dać się poznać….
      No i wędliny które pomimo może wyższej ceny mają więcej mięsa w mięsie :D
      Co z tego że na metce niższa cena w markiecie jak większość tej ceny to solanka :D

      • lukasz

        „Ta cholerna pogoń za taniością doprowadziła nas an skraj nędzy.. ”

        To kolejny powod dla ktorego wole pojsc na zakupy na plac. Wiem, ze kazda wydana tam zlotowka w przyszlosci przyniesie wiecej korzysci, niz ta wydana w supermarkecie. Zysk z supermarketu trafia to niewielkiej liczby osob (wlascicieli). Opowiadanie o tym, ze supermarkety to nowe miejsca pracy jest uluda. Oczywiscie, ludzie tam pracujacy zarabiaja pieniadze, ale gdyby ten sam supermarket zamienic na nowy plac handlowy, to ta sama ilosc produktow byla by sprzedawana przez kilku krotnie wieksza liczbe osob. Oni byc moze tez kokosow na tym nie zarobili, ale za to zysk rozlozylby sie na wieksza liczbe osob. Oczywiscie z punktu widzenia ekonomii pewne „prace” sa malo efektywne i lepiej zeby ludzie zajeli sie czyms co przynosi wieksze korzysci, ale w sytuacji w ktorej jest wysokie bezrobocie i wciaz wiele ludzi nie ma odpowiedniego wyksztalcenia, zmniejszanie liczby miejsc pracy w handlu ma negatywne skutki spoleczne.

        Co nie oznacza, ze supermarkety same w sobie sa zle. Dzieki nim ceny nie rosna tak szybko, a lokalni przedsiebiorcy musza bardziej sie starac i podnosic poziom uslugi. To tak jak z autami w miescie. Same w sobie nie sa zle, ale ich naduzywanie w kazdej sytuacji juz tak.

      • ktosiek

        A kto zabrania sklepikarzowi otworzyć spółkę na Cyprze ? Polityka taniości jest jak najbardziej słuszna, przynajmniej dla konsumenta

      • Krzysztof Kozłowski

        Po pierwsze otwarcie spółki na Cyprze nie jest takie chop siup.
        Po drugie problemy które z tym się wiążą nie są warte zabawy dla małego sklepikarza. Po trzecie nie każdy przełknie to ze względów ideologicznych.
        Po czwarte mały sklepikarz wpadłby w gąszcz przepisów między unijnych które odbiły by mu się czkawką.

        Ale to drobiazgi.
        To by i tak nie spowodowało że jego sytuacja by sie diametralnie zmieniła bo zyski -koszty dały by iluzoryczną oszczędność.
        Problemem jest siła nabywcza cena nabycia i cena zbycia oraz ilość jakie mały może sprzedać.

        Jeśli market może sobie pozwolić (to jest tylko iluzja co widać po osiągnięciach kolosów i po tym w jak kiepskiej są kondycji pomimo olbrzymiego udziału w rynku) na narzutu na poziomie 1% to sklepikarz już nie.

        Polityka taniości słuszna dla konsumenta?

        A co powiesz ktosiek jak ktoś przyjdzie do ciebie i powie „pracuj pan za 1% bo polityka taniości jest słuszna”?

        Myślisz że skąd się biorą u nas tak niskie pensje?
        Topnienie narzutów i marż powoduje że zostaje mniej pieniędzy dla pracowników.
        Polityka taniości a co za tym idzie opieranie gospodarki tylko i wyłącznie na wzroście obrotu przy topniejących zyskach jest jedną z podstaw obecnego kryzysu.
        Firmy nie zarabiają tylko robią obrót i rosną aż nie pękną.

        Problem w tym ze mały sklepikarz tak nie może.
        Problem w tym że wraz z spadkiem marży u tego sklepikarza on będzie miał mniej pieniędzy żeby skorzystać z twoich usług i albo obniżysz ceny albo jego nie będzie stać na twoje usługi…
        Jego taniość będzie twoją taniością.

        W pogoni za taniością nie widzimy tego ze zabieramy sobie chleb.
        Proste zasady ekonomi.
        Nie da się na dłuższą metę nabywać towarów i usług za półdarmo i sprzedawać drogo.

        Każdy z nas coś sprzedaje i to czy będzie nam dobrze zależy bezpośrednio od tego czy mały sklepikarz zarobi.

        Żyjemy w świecie wymiany usług.
        Polityka taniości zrobi z nas niewolników zapomóg.

      • ktosiek

        Problemem niskich płac i zysków jest relatywnie niską wydajność pracowników, oraz wysokie podatki i nic po za tym. Sam prowadzę działalność i wiem jak to wszystko wygląda w praniu, nie mam nic przeciw polityce taniości, gdyż jak już napisałem jest korzystna dla konsumenta. Pod warunkiem takich samych zasad dla wszystkich uczestników rynku. Dlatego swój zysk z 20 % zmniejszyłem do 10 % i wiesz co ? Zarabiam więcej niż poprzednio, klient dostaje tani w miarę dobrze wykonany wyrób(na razie żaden nie narzekał). To nie taniość zabija gospodarkę a PODATKI, przykład Specjalne Strefy Ekonomiczne w większości z nich bezrobocie jest poniżej 10%, zarobki są relatywnie wysokie.

      • max

        @ktosiek, ta rzekoma niska wydajność polskiego pracownika to mit stworzony przez organizacje pracodawców dla uzasadnienia niskich płac. W rzeczywistości wynosi ona ok. 60-70 % średniej unijnej, tymczasem wynagrodzenia są kilkakrotnie niższe niż w „starej” UE, a pracodawcy i tak narzekają na „wysokie koszty pracy”…

      • Krzysztof Kozłowski

        ktosiek i co ci mam powiedzieć?
        Żebyś poczekał aż twoja konkurencja stwierdzi że 3% też dobre?
        Nie życzę ci tego bo wiem jak fajnie się w takiej rzeczywistości pracuje.

        Co do podatków i wydajności pracownika się zgodzę z tobą.
        To jest problem.
        Jednak jakiej wydajności się spodziewasz za taką a nie inną płacę?
        Polacy jako pracownicy są cenieni na zachodzie za jakość i pracowitość.
        A nienawidzeni głównie za taniość…

        Zszedłeś z 20% do 10% ?

        To albo zwiększyłeś obroty albo obniżyłeś „stopę życiową” bądź bezpieczeństwo firmy. Albo nawet jedno i drugie.
        Wiec albo rośniesz albo czegoś nie szacujesz prawidłowo.
        A teraz powiedz jak i po co ma rosnąć budka z warzywami na osiedlu?
        Nie każdy model biznesu ma potencjał do rośnięcia
        Wiara w ciągły i nieprzerwany rozwój firmy to podstawa krachu światowej gospodarki.
        Co jak przestaniesz mieć możliwość obniżania kosztów i zysku?

        Poza tym klient dostaje „w miarę dobrze wykonany” a nie bardzo dobrze wykonany.
        Czyli z założenia konsument dostaje produkt tańszy ale gorszy.
        Ktoś robiący bardzo dobry produkt w tym momencie nie ma miejsca na rynku taniości.

        Stąd żeby kupić bardzo dobre wędliny trzeba szukać i jeździć. :)
        Chyba ze zadowolisz się w miarę dobrymi.

        Do momentu kiedy nie trafisz na szybko puchnącą konkurencję zmuszającą cię do schodzenia z marżą albo pozostania w obszarze „droga firma” nie znajdziemy łatwego porozumienia.

        Jak nie zobaczysz rachunku na 80zł brutto za pracę dwóch osób przez 2h u klienta do którego trzeba dojechać i mieć narzędzia do wykonania usługi to nie zrozumiesz co się dzieje na rynku i do jakiej desperacji prowadzi taniość…
        (ile ci ludzie mogą zarabiać ?)

        Wiele firm i ludzi pracuje tylko po to by udało się spłacić kolejne raty. Koncerny zatrudniają ludzi na głodowych pensjach bo inaczej nie będzie na spłatę odsetek….
        Pomijam kwestie zatorów płatniczych.

        Jakość usług i towarów spada wraz ze spadkiem marży.

      • ktosiek

        Konkurencja już dawno tak działa, sprzedaje z 3% zyskiem. I właśnie dlatego cały czas się rozwijam, aby produkować jeszcze taniej oczywiście po przez automatyzację procesu produkcji, przez co klient dostaje tani towar bez szkody dla jakości. Zapytałeś również po co ma się rosnąć budka z warzywami, a po to aby przynosić większe zyski i w przyszłości stworzyć sieć takich punktów i masz większe rabaty. Myślisz że hipermarkety powstały z miesiąca na miesiąc? Pamiętaj kto się nie rozwija staje w miejscu i upada bez względu ma to jaki interes prowadzi. Pamiętaj każdy biznes można rozwijać. No i na koniec wydajność, na zachodzie jest większa gdyż mają lepiej wyposażone i zarządzane firmy. W Polsce małe firmy to w zasadzie manufaktury.

      • Krzysztof Kozłowski

        :)
        Super. Automatyzacja = mniej miejsc pracy… ?
        I jak długo tak?
        Skąd weźmiesz klientów jak zautomatyzujemy już całą produkcję?

        Ale dobra załóżmy że nie.

        Czy naprawdę zakładasz ze każdy musi mieć sieć budek?
        Czy naprawdę wierzysz w to ze sieć budek jest w stanie dostarczyć tanie produkty bo ma duży wolumen zakupów?
        Ile możesz misę budek w mieście?
        I jakie masz szanse na to że będziesz dostarczał do każdej budki 10 pietruszek dziennie świeżych?
        Pomijam e każda budka ma innych klientów i jako sieć straci naturalną zdolność posiadania produktów dla 2-3 klientów.

        Kolejna sprawa że nie każdy chce zwiększać zyski.
        Cholerna mania zwiększania zysku jest absurdem udzielonym.
        Prawda jest taka ze Ty zwiększając zysk poprzez zagarnianie większego obszaru rynku tak naprawdę generujesz wartość dodaną na poziomie o wiele niższym niż rynek rozdrobniony.
        Ty byś miał mniej ale ogół gospodarki więcej.

        Rynki są absurdalne.
        Nie opłaca się produkować telewizorów, komputerów, sprzętu audio….
        Czemu? Bo ciągle była potrzeba rośnięcia. A ponieważ w którymś momencie rynek się nasycił i zaczęło się robić ciasno to nawet ciecie kosztów nie zapewniło rentowności.

        To samo obserwujesz na rynku spożywczym.
        Olbrzymie sieci wyżynają się bo możliwości zbicia ceny są znikome.

        Duże firmy generują stosunkowo małe zyski dla gospodarki.
        Wciąż to drobnica jest siłą napędową świata.
        Problem w tym ze mali zaczynają ginąć i zaczyna się robić coraz większa dziura w i tak pustym worku.

        Przejrzyj sobie historię firm wyznających zasadę „ciągłego rozwoju” Większość z nich się zapadła sama w sobie (wiele właśnie zapada) albo wycofała się z danych rynków jak z wyeksploatowanych złóż.

        Masz groszka żabkę … i kilka innych.
        Jesteś tam w stanie kupić tanio dobrej jakości produkty?
        Poza nielicznymi nie. Czemu?
        Bo to franczyza i globalizacja.
        To wyklucza silne dostosowanie usługi do małej grupy odbiorców.

        Z jednej strony konsument dostaje tanie dobra. i tu ma zysk
        Z drugiej skazany jest na monokulturę i silne ograniczenie dostępności dóbr specyficznych których nie opłaca się dostarczać bo jest za małe grono odbiorców. Tu konsument ponosi olbrzymie straty.
        To powoduje że wszyscy zgadzamy się na swego rodzaju bylejakość i taniość.

        Wysokojakościowych produktów zużywa się mniej.
        Więc jakość i bliskość dała by kilkukrotną rekompensatę ceny.

        Jeśli wierzysz w to ze taniosc jest dobra to wytłumasz fenomen kupowania ściągniętych z Niemiec proszków do prania „na bazarach”
        Nie są tańsze :)
        Ale piorą!!! Różnica jest kolosalna.
        Ale konsument jest skazywany na tani mało wydajny produkt z masówki „dla mniej wymagającego klienta z europy wschodniej”
        :) (określenie zaczerpnięte z „rozmów biznesowych” nie wymyślone)
        Zyskuje konsument na taniości? :)

        Sorry świat zaczyna się otrząsać po Friedmanowskiej histerii ciągłego wzrostu i dostrzega potrzebę rozwoju małego handlu i usług. A my to niszczymy programowo….
        Kolejna galeria koło krokusa…? :D

        Życzę ci powodzenia w biznesie i tego żebyś nigdy nie obudził się stwierdzając że masz wielką firmę i zapierniczasz jak mały motorek żeby tylko ja utrzymać a zatrzymanie się spowoduje ze balonik ujdzie….

      • lukasz

        Odnosnie wydajnosci nalezaloby tu napisac, czym wlasciwie wydajnosc w ekonomii jest. Bo wszyscy wiemy, ze Polacy ciezko pracuja, w rozumieniu potocznej wydajnosci pewnie zdecydowanie „wydajniej” niz niemcy, francuzi czy brytyjczycy…ale niestety nie o taka wydajnosc chodzi. Niemiec, francuz czy brytyjczyk pracuje wydajniej poniewaz za swoja prace (mimo, ze robi dokladnie to samo co pracownik w Polsce) przynosi firmie wiecej przychodu. Dla przykladu gdy wezmiemy do porownania fabryke VW w Niemczech i Fiata w Tychach i zalozymy, ze z tasmy zjezdza taka sama liczba aut to okaze sie ze w przeliczeniu na 1 osobe niemiecki pracownik przyniosl firmie 2krotnie wiekszy przychod niz pracownik fabryki w Tychach. Dlaczego? Poniewaz niemiec wytworzyl produkt dalece lepszy technologicznie a przez to drozszy:-) My robimy tylko na zlecenie wiec kasujemy jedynie za robote a nie za technologie i innowacyjnosc….ot cala tajemnica nizszej WYDAJNOSCI.

      • ktosiek

        Super. Automatyzacja = mniej miejsc pracy…? Automatyzacji nie da się zatrzymać, możesz zaklinać rzeczywistość jednak jej nie zmienisz. No chyba że będziemy zachowywać się jak XIX wieczni ludzie gdy zobaczyli automaty tkackie. I domagać się 98% podatku od robotów. Spójrz na świat trzeźwo, a nie przez różowe okulary. Niedługo upowszechnią się drukarki 3D, a możliwości techniczne takiego urządzenia ogranicza jedynie wyobraźnia użytkownika i na razie materiały(ale to najmniejszy problem). Niedawno ktoś stworzył tą metodą w pełni funkcjonalny samochód. Wiec miejsca pracy są jeszcze bardziej zagrożone, gdyż zamiast iść do sklepu z częściami rowerowymi już teraz porostu je możesz wydrukować, materiał spokojnie wytrzyma. A koszt np. kasety zamknie się w niecałej 1 zł. . A co z pracownikami? cóż zawsze będą do czegoś potrzebni, jak nie w fabryce to w czymś innym.

      • lukasz

        Przeciez juz zdecydowana wiekszosc pracy jest w uslugach:) i to jest przyszlosc krajow rozwinietych. Proste prace tzw. Robotnikow albo sa automatyzowane albo przekazywane do krajow tanszych jak Polska, Czechy, Slowacja, Wegry czy tez jeszcze tansze Chiny, Indie, Bangladesz.

        Automatyzacja sama w sobie nie jest zla. Jedyny problem jest taki, ze za automatyzacja nie nadarzaja ludzie, bo brak im wyksztalcenia, zeby robic cos innego. Nie nadarza tez rynek, ktory nie potrafi od razu wytworzyc nowych miejsc pracy w innych sektorach.

        Nie czarujmy sie, klasa robotnicza jest u swojego schylku, inwestowac trzeba w uslugi, bo sa z reguly niskokosztowe a jednoczesnie wysokomarzowe. Wezmy takie LPP. Ile z ceny spodni za 100zl to tak naprawde praca robotnika?? 1-2 zl?? Reszta to uslugi: marketing, zarzadzanie, logistyka, zamowienia, obsluga….

        Jak eksportujesz za granice towar to z ceny za jaka sprzedaje sie on za granica trafia do Ciebie z reguly niewielki ulamek (nie dotyczy to produktow innowacyjnych, lub tez wykorzystujacych nowoczesne technologie – bo tam jest ten udziel troche wiekszy). Jak sprzedajesz za granice usluge, to wlasciwie caly zysk trafia do Twojej kieszeni:-)

      • Krzysztof Kozłowski

        ktosiek troszkę nie zrozumiałeś co miałem na myśli pytając o automatyzację i klientów.

        Nie mam nic przeciw automatyzacji.
        Jednak wykorzystywanie jej tylko w celu obniżania kosztów jest bezsensem.

        Kiedyś firma wprowadzająca automatyzację inwestowała zysk z tego w nowe technologie badania i rozwój ale i pracowników przez co maksymalizowała zyski.
        Teraz lwią cześć zysku z wdrożenia nowych technologii pochłania walka cenowa.

        Świat obrotu nie zysku.

        Ale nie to jest tematem płyniemy daleeeeeko od podstawy.

        Napisałeś że sklepikarze zdzierają.
        Przypadkowo mam wgląd w marże tych zdzierców.
        marże od 5-22% większość z granicach 12%

        Prowadzisz firmę policz koszty zyski i jaki obrót trzeba żeby tylko egzystować. zastanów się nad sensem rozwoju i jego możliwością. Zastanów się jakie ma możliwości osoba w wieku 50lat na rozwój.
        Ty potrafisz a Heniek nie wiec pisze że sklepikarz zdziera….
        Nie zdziera tylko chce zarobić na ciężkiej pracy a klient marketów nie czuje tego że masa niewolników tyra na jego niską cenę…

        Co do taniości to ci jeszcze powiem ze w usługach taniość jest u nas też postrzegana za coś dobrego.
        Szlak mnie trafia jak mi klienci zaczynają lament że za 15min roboty biorę 120… bo to 15 minut.
        Albo bo inni biorą mniej… (inni byli i polegli ale biorą mniej…)
        A wiele godzin ciągłego kształcenia?
        A to że ich firma rusza w ciągu 15 minut a nie po 3 godzinach doktoryzowania się?

        Ostatnio najlepsi klienci to ci u których trzeba poprawiać po „tanich fachowcach”.
        Gdzie się nie ruszyć to trafiam na skopaną byle jak zrobioną robotę. Szybo robili bo tanio i muszą zrobić bardzo dużo więc się spieszą. I zaczyna się poprawianie po paprokach…
        Ale było tanio? Było.

        Mój klient ładnie to podsumował.
        Płacisz orzeszkami dostajesz małpy :)

        I tym optymistycznym akcentem zakończę ;)