Cykloakademia – oświetlenie

Na początek zagadka. Gdzie łatwiej natrafić na nieoświetlonego rowerzystę po zmroku:

a) w Krakowie, w lecie;

b) w Amsterdamie;

c) w Krakowie, w zimie?

Oczywiście odpowiedź b) jest prawdziwa. Tyle w temacie niebywałego jakoby przełożenia oświetlenia na bezpieczeństwo rowerzystów. Mamy naprawdę znacznie poważniejsze problemy – piesi rozjeżdżani na przejściach, powszechną zgodę na przekraczanie prędkości, kulawą edukację kierowców (to podstawa bezpieczeństwa, obok poprawnej infrastruktury) – ale zewsząd słychać, jacy ci cykliści są be, bo jeżdżą bez świateł.

Przyznam, że pytanie było podchwytliwe – w Amsterdamie w ogóle łatwiej natrafić na rowerzystę, jest ich tam tak dużo, że wręcz nie da się od nich opędzić. Prawidłowo zadane pytanie brzmiałoby: gdzie większy procent rowerów jest nieoświetlonych? I tu też niespodzianka – trudno wybrać, czy a), czy b) wygrywa. W Amsterdamie naprawdę sporo jeździ bez świateł, mimo akcji tamtejszej policji. I jakoś żyją. Natomiast c), krakowscy całoroczni rowerzyści – są jakoś bardziej ogarnięci, czy też wyedukowani. Tak przy okazji – typem rowerzysty, którego wprost niemal niepodobna znaleźć w Amsterdamie, jest rowerzysta w kamizelce odblaskowej. Serio. Wszelkie inne typy występują, a ten jakoś wymarł w procesie ewolucji.

Ja akurat jeżdżę oświetlony – każdemu polecam. Uważam, że z migającą lampką z przodu jestem bezpieczniejszy (ale bez przesady – ja tam za bardzo kierowcom nie ufam). Uważam też, że jeśli mogę innym ułatwić podejmowanie decyzji na drodze – choćby dając się dostrzec wcześniej – to tak będę robił. No i nie chcę się zastanawiać, czy napotkany patrol będzie się mną interesował, czy nie. I podstawowa, najważniejsza sprawa – wiem, jak denerwujący może być „batman” wyłaniający się nagle w ciemnym parku tuż przed rozpędzonym rowerem. Ja tak innym robił nie będę.

Za to, jak jeździłem autem, „batmany” w mieście mi nie przeszkadzały. Serio. Auto ma światła, ulice są oświetlone, rowerzysta się porusza – taki obiekt naprawdę łatwo zauważyć, pod warunkiem, że się jedzie tak, żeby było bezpiecznie. Tak więc, jeśli jakiś kierowca stuknie nieoświetlonego rowerzystę po ciemku – to nie ma co się zasłaniać przepisami – dla mnie pozostanie ofermą. Chociaż przyznać trzeba, że w kategorii „ofermy roku” dwóch „batmanów” zderzających się w ciemnej alejce zbiera pierwszą nagrodę – zrobić coś takiego, to obciach do sześcianu.

  • Krzysztof Kozłowski

    Super….
    Najpierw film uświadamiający a potem tekst który mówi ze w sumie to nie jest taki problem….

    Jeszcze „jak jeździłem autem, „batmany” w mieście mi nie przeszkadzały”…

    :D

    No i to porównanie do Amsterdamu….

    Czy tam an porządku dziennym ą rowerzyści jadący nieoświetlonym rowerem po nieoświetlonych ulicach i uprawiający slalom między dziurami?

    Znowu mam wrażenie ze rozpatrujemy rower jako fanaberię do poruszania się po ścisłym centrum…
    Tam nieoświetlony rowerzysta to tylko przykre utrudnienie bo widać go ciut później. Ale już kawałek dalej są ulice całkiem ciemne i tai batman w czarnym stroju jak na batmana przystało potrafi kompletnie się wtopić w tło. Albo co częste a o czym się często zapomina w światła auta które jedzie przed nim.

    Tak w filmie nie widziałem słowa o tym ale rowerzysta musi pamiętać ze jadąc w strudze światła auta za nim świetnie widzi wszystko ale jego nawet na oświetlonej ulicy jak nie ma odblasków, świateł i jeszcze jest na czorno można najnormalniej nie widzieć.

    Kolejnym takim przypadkiem jest zachodzące słońce (głównie jesień ). Jak jeszcze w nocy rowerzystę całkiem ciemnego kierowca może wypatrzyć tak jak jedzie ciemnota z słoneczkiem w plecy to sorry ale was nie ma i koniec tematu.

    Kolejny aspekt to jak jedziecie za kimś…
    Tak jak jesteście bez świateł łatwo możecie się schować w świetle reflektorów tych za mną. Albo w totalnej ciemności koło auta które mi świeci po lusterkach.
    Tego też w filmie zabrakło.
    Czasem nawet stojąc w korku możecie się schować i nie być widocznymi w lusterkach a jak macie lampkę to zawsze jest szansa ze gdzieś światło da się dostrzec i kierowca nie zajedzie wam drogi

    I można powiedzieć że pies to drapał bo ciemnota zaszkodzi w 98% sam sobie.
    Ale ponieważ jeżdżę sporo wieczorami (po zmroku) właśnie rowerem to do szewskiej pasji doprowadzają mnie ciemnoty które nie tylko są mało widoczne (wiem że są wiec wypatruję) ale są ślepe i wykonują dziwaczne ewolucje jak w tragicznym świetle naszych (tu też radzę porównać nasze drogi i przejścia z Holandią czy Niemcami nibu u nich świecą i u nas świecą ale jakoś tak u nas to wygląda jak kiepska dekoracja a nie oświetlenie) latarni dostrzegają przeszkody.

    I tu już nie można powiedzieć że zagrażają tacy tylko sobie.

  • Mariusz

    Tylko gorzej jest wtedy gdy batman korzysta ze słabo oświetlonego przejazdu dla rowerów, których w Krakowie nie brak, podobnie jest z przejściami dla pieszych.
    Holandią nie jesteśmy i długo nie będziemy dlatego te sam światło optymizm u nas się nie sprawdza.

    W materiale filmowym zabrakło informacji o ośleplampkach.
    Coś napomknięto o czołówkach, jednak w praktyce większość czołówek to ośleplampki, które dla jadących z naprzeciwka rowerzystów są zmorą.
    Źródło światła powinno być znacznie poniżej głowy.

    Nic również nie wspomniano o prawidłowym ustawieniu świateł i w ogóle doborze świateł.
    Bo są niektórzy specjaliści którzy montują sobie na rower power lights o mocy 900 lumenów, oczywiście ustawiając je na wprost (czyli światła długie) albo jeszcze gorzej lekko do góry i potem jadą po zupełnie nieoświetlonych bulwarach i myślą, że to takie bezpieczne i fajne.

  • Łukasz

    W mieście rowerzyści bez świateł może nie są jakimś wielkim problemem, ale oni później te swoje przyzwyczajenia przenoszą na nieoświetlone drogi. Ostatnio jadąc autem, po za teren zabudowanym, na zakręcie, tuż przed maską zobaczyłem „batmana”. Gwałtownie odbiłem w lewo, gdy z naprzeciwka wyjechała cysterna! Na szczęście udało mi się jakoś zmieścić pomiędzy rowerzystą, a na naczepą. Cudem nikomu nic się nie stało…