Środek na jazdę po ulicy

Środek na jazdę po ulicy

Środkiem. Oczywiście w potocznym tego słowa znaczeniu, czyli w odległości od krawężnika większej niż 20 cm. Osobiście trzymam się zasady, że im większy samochód widzę za sobą, tym bardziej odbijam w lewo. Nie jest to żadna złośliwość wobec kierowców, tylko troska o własne bezpieczeństwo. Widząc przed sobą rowerzystę przytulonego do krawężnika, kierowcy zazwyczaj sądzą, że zmieszczą się razem z nim na jednym pasie. Owszem, zmieszczą się, zachowując przy tym odległość na żyletkę. Jeśli natomiast zostawię sobie ten metr do krawężnika, to po pierwsze kierowcy zaczynają omijać mnie szerokim łukiem, a poza tym mam gdzie uciec, gdyby jakiś samochód zechciał wyprzedzić mnie zbyt blisko.

Wiem, wiem, tamuję ruch. Tylko, że jakiś mechanizm psychologiczny sprawia, że niektórzy kierowcy nie zmieniają pasa przy wyprzedzaniu, nawet gdy miejsca jest na hektary i o żadnym tamowaniu ruchu z mojej strony nie może być mowy. Prosty przykład. Jadę ulicą, która została częściowo wyłączona z ruchu. Ulica ma po dwa pasy w każdą stronę. Jeden to pas cywilny a drugi tramwajowo-autobusowy. Ponieważ teraz może tu jeździć tylko komunikacja miejska i taksówki, ten sztywny podział przestał obowiązywać. Tramwaje siłą rzeczy trzymają się swojego pasa, ale autobus czy taxi może jechać pasem to jednym, to drugim. I co? Jeśli nie wyjadę na ten mój „środek”, to tenże autobus czy taxi potrafi przemknąć obok mnie nawet na milimetr nie wjeżdżając na pas sąsiedni. Dodam, pusty.

Wiem. Nie każda ulica tak wygląda. Zdarza mi się więc tamować ruch na przewymiarowanych jezdniach, gdzie zmuszam kierowców do zdecydowanego ograniczenia obowiązującej tam prędkości dziewięćdziesiąt na godzinę. Obowiązującej acz niedozwolonej, ale jak tu jechać mniej, skoro droga szeroka i prosta? Kiedy pojawi się z przodu rowerzysta i to tak niefartownie na metr od krawężnika, nie sposób go wyprzedzić bez zmiany pasa. A tu obok sznur samochodów rozpędzonych jak na autostradzie. Trzeba więc się turlać dwadzieścia pięć.

Swoją drogą ciekawe, że kierowcy za to, że nie mogą wyprzedzić rowerzysty obwiniają rowerzystę, a nie kierowców obok, którzy jadąc grubo powyżej 50 km/h nie dają szansy na chwilową zmianę pasa.

Drodzy kierowcy, dziękuję, że wyprzedzacie mnie zachowując bezpieczną odległość, że robicie mi miejsce, kiedy w korku przeciskam się między samochodami, że mrugacie światłami ustępując pierwszeństwa, kiedy skręcam w lewo. Piszę to bez ironii. Naprawdę dziękuję, bo takie sytuacje zdarzają się często. Chciałam tutaj wyjaśnić, że to co może być odbierane jako złośliwość z mojej strony, jest po prostu zachowaniem bezpiecznym. Rower to nie katamaran na czterech kołach, dlatego staram się jeździć tak, żeby mnie wyprzedzać wolno i w bezpiecznej odległości.

Ale ten tekst to przede wszystkim apel do rowerzystów, żeby zostawili chodniki dla pieszych i zaczęli jeździć po ulicy. Kierowcy to nie są mordercy i nie mają zamiaru was zabić. Trzeba tylko wiedzieć jak jeździć po ulicy. Środkiem oczywiście. No, może nie dosłownie. Tak powiedzmy, metr od krawężnika.

Małgorzata Piechura
tekst pierwotnie pojawił się na blogu Warszawskiej Masy Krytycznej

  • Zenek Rowerzysta

    Wszystko to prawda. Myślałem, że tylko mnie to spotyka.

    Dodam, że innym „ulubionym” zachowaniem *niektórych* kierowców jest czajenie się za rowerzystą – choć istnieje możliwość bezpiecznego i legalnego wyprzedzenia – tylko po to, by po chwili wyprzedzić na przejściu dla pieszych. Jakby wyczekiwali na to przejście. Horror.

    Obserwując obsesyjną jazdę lewym pasem podejrzewam jednak brak umiejętności technicznych miszczuniów. W końcu wyprzedzanie trudny manewr. Trzeba się na chwilę skoncentrować.

    • Inka

      Ja też myślałam, że „tylko ja tak mam” :) Jest kilka ulic, na których zawsze żałuję, że nie mam kamerki. Na podwójnej ciągłej, przejściu, tuż przed planowanym skrętem w prawo, okrakiem po nowych podwyższeniach przy przystankach na Królewskiej (!)… Myślałam, że to baba za kierownicą, w dodatku na obcasach, wyzwala w kierowcach takie instynkty :D

  • buraczek

    Jeżdżę na rowerze 35 lat i nie dam się namówić na jazdę jezdnią. Innym też tego nie radzę próbować. Oczywiście nie chodzi tutaj o ulice z o małym natężeniu i ograniczonej szybkości ruchu, tylko np. przejazd przez Stopień Wodny Dąbie. Zdanie iż, kierowcy nie chcą nas zabić to nawoływanie do samobójstwa. Piesi są bardziej wyrozumiali i z reguły nie robią problemów z jazdy po chodniku.

    • pablo vitasso

      „jeżdzę na rowerze 35 lat i nie dam się namówić”. „zdanie ze kierowcy nie są nas zabić to nawoływanie do samobójstwa” – drogi czytelniku, skoro nie próbowałeś to skąd wiesz? :)

      grunt to przezwyciężyć swoje rowerowe strachy przed jezdnią :)

      Ja używam także samochodu i stąd wiem jak to jest być po tej drugiej stronie – za kółkiem. Wystarczy że nabierze się odrobiny rozumu – pedał hamulca cały czas działa. Kiedy rowerzysta jedzie tak bardzo środkiem że nie pozostawia wątpliwości typu „a może się przecisnę” nawet największym samochodowym chamom – to nie ma opcji, kierowca zahamuje bo nie chce zabić/zranić/uderzyć!!

      a takim twardym argumentem byłoby spojrzenie na bazę SEWIK i wykazanie że najechanie (oświetlonego) rowerzysty od tyłu zdarza się niezmiernie rzadko (do wszystkich, może macie gotowego linka?)

      PS swoją drogą, chyba zaczne krzyczeć „światła!” do każdego nieoświetlonego rowerzysty…

    • Inka

      Rozumiem, ale się nie zgadzam. Nie ma alternatywy chodnik albo śmierć! Tam, gdzie jest naprawdę niebezpiecznie, można zgodnie z prawem jeździć chodnikiem, ale przeciskanie się chodnikiem między pieszymi wzdłuż ul. św. Jana, Podzamcze, Karmelickiej (przykłady zaobserwowane tylko w tym tygodniu) jest nie tylko bezsensowne, ale i głupie. Nikt nie zmusza Pana do trzymania się krakowskich „autostrad”, prawie każdą z nich można ominąć, wybierając trasę, na której rowerzysta czuje się bezpieczny. Sama jeżdżąc do pracy nadkładam prawie kilometr, żeby uniknąć najbardziej ruchliwych ulic i nie musieć się stresować sfrustrowanymi kierowcami siedzącymi mi na ogonie.
      Poza tym – niekiedy po prostu nie da się jechać inaczej niż ulicą. Moja ulubiona trasa, złożona w 80% z DDR i kontrpasów po prostu nie jest odśnieżana…

      • buraczek

        Jana, Podzamcze, Karmelicka – Przecież to uliczki w ścisłym centrum Krakowa. Nigdy by mi nie przyszło do głowy żeby tam chodnikiem jechać. Mam na myśli tego typu ulice jak Ofiar Dąbia i Stoczniowców. Ograniczenie do 60, samochody mkną 90-tką, a chodnik nie ma przepisowych 2 metrów zezwalających na jazdę rowerem. Alternatywa w postaci mostu Kotlarskiego to 2-3 km. 80% rowerzystów łamie tam przepisy i nikomu to nie przeszkadza. No ale tematem artykułu jest odległość rowerzysty od krawężnika, która powinna moim zdaniem być na tyle duża żeby można w razie czego odbić w prawo, myślę że około 1m.

  • Lukasz Chornikowski

    Co najwazniejsze nigdzie nie ma napisane ze rower ma sie trzymac blizej kraweznika niz samochody.
    No poza przypadkiem gdy jest pobocze nadajace sie do jazdy, bo wtedy trzeba jechac poboczem.

  • ys

    mentalnie jesteśmy strasznie zacofani, ograniczenie to tyczy się niestety wszystkich uczestników ruchu drogowego, piesi chodzący po ścieżkach rowerowych, rowerzyści poruszający się bez oświetlenia, czy też wyprzedzający na przejazdach rowerowych, kierowcy trąbiący bez powodu…

    Bardzo chciałbym zobaczyć patrol policji, lub straży miejskiej edukujący (mandaty niepotrzebne) pieszych na rondzie mogilskim, oraz te same patrole dające mandaty rowerzystą jeżdżącym po zmroku bez oświetlenia…

    Część z tych zachowań wynika z niewiedzy, część z polskiej zawiści, ale wydaje mi się, że część zachowań jest spowodowane ewidentną głupotą. Wytłumaczcie mi co ma w głowie rowerzysta który podejmuje próbę wyprzedzania na przejeździe rowerowym w sytuacji, gdy widać, że mogą się na niej minąć tylko 2 rowery jadące w przeciwnych kierunkach?

    Dzisiaj jadąc do pracy zostałem obtrąbiony na 10 stronę przez kierowcę samochodu dostawczego, był tak wrukwiony, że aż się zatrzymał i poinstruował mnie, „po prawej masz chodnik to po juhc jedziesz ulicom”… spodziewałem się rejestracji w stylu KLI, KWI, KPR no może KRA… jaki wielki zawód mnie spotkał, gdy zobaczyłem bliskie mojemu sercu KR.

    Możemy pisać 1000 stron o ruchu drogowym, wystarczy to zastąpić odrobiną uprzejmości i logicznego myślenia…

  • W mieście chyba „pobocze” w ogóle nie występuje.

  • Dokładnie tak własnie robie tam, gdzie samochód nie ma możliwości wyprzedzic mnie w bezpiecznej odległości – np. na ul. Grzegórzeckiej albo na Dietla – gdzie pomimo dodatkowego pasa kierowcy jednak bardzo chcą mnie musnąć. I lata praktyki spowodowały, że już nawet świetnie sobie radzę ze świadomością, że za mna jadą samochody – inna sprawa, że gdy się da to jadę tyle, ile uda dają :).
    Dzisiaj jechałem do pracy ul. Dietla i Grzegórzecką i było całkiem sympatycznie. Tylko na Rondzie Grunwaldzkim dwa przejazdy rowerowe (jak codziennie) zastawione przez kierowcó, którzy „nie zdązyli na zielonym, albo za wszelką cenę chcą skręcic w prawo :D

  • Andrzej Szczypczyk

    W Australii to nawet po autostradzie mozna jezdzic rowerem ;) .

  • Kamil Szeląg

    Ja preferuje 1 metr odstępu od krawężnika

  • Rigel

    Dlaczego autorka pisze że rowerzysta jadący po jezdni „tamuje ruch”? Rowerzysta jest elementem ruchu, on spowalnia, lub inaczej mówiąc uspokaja ruch. Ruch tamuje nadmiar pojazdów dwuśladowych, które zatrzymując się na światłach tworzą długie kolejki i stoją zajmując niepotrzebnie przestrzeń jezdni. Połowa z nich jedzie na odległość do 5 km, czyli można je uznać za należące do kategorii „niepotrzebnych przejazdów samochodem”.

  • Alicja

    Ja się nauczyłam jeździć jezdnią kiedy zaczęłam jeździć na rowerze szosowym :) szkoda mi kół i opon (które tanie nie są i wrażliwe na ‚dobrodziejstwa’ chodnika). Tak naprawdę na ‚szosce’ oczywiście staram się uciec z miasta jak najszybciej ale jak już muszę przez nie przejechać to faktycznie „środkiem” (nawiasem kiedyś jeden taksówkarz w drodze na lotnisko mnie pouczył, że tak właśnie bezpieczniej :) dla wszystkich ) i staram się unikać wtedy DDR. Dokładnie tak, niestety DDR do szybkiego przejazdu się nie nadają – krawężniki, brak wjazdów na nie, psy i ich pozostałości, dzieci, ludzie… Na moim miejskim rumaku korzystam z DDR ale jak ich nie ma to nie płaczę :)

  • mg

    Może najechać kierowcy nie chcą ale spotkałem się z inna metodą gdy taki „przyblokowany” kierowca wyprzedza mnie który wcale wolno nie jadę – i natychmiast po wyprzedzaniu gwałtownie hamuje zmuszając i mnie do jeszcze gwałtowniejszego hamownia abym się nie rozbił na jego tylnym zderzaku – ot takie postraszenie, nie tylko w Polsce ale w krajach postkomuny.

  • Krzysztof Kozlowski

    A dlaczego szanowni rowerzyści chwaloną tu zasadę stosują również na DDR?
    Rozumiem że boicie się aut ale innych rowerów?
    Strasznie irytujące jest jak się jedzie ddr i co chwila jakiś oszołom środkiem zasuwa….

  • Dana Sieroń

    Andrzejku u nas tez można tyle tylko, ze juz nie będzie
    nam dane podzielić sie wrażeniami :)