Dlaczego lubię korki?

Dlaczego lubię korki?

To taki trochę przewrotny tytuł, i może się komuś nasunąć taka odpowiedź – ot, złośliwy facet, sam pomyka na rowerze, i cieszy się z cudzego nieszczęścia. 

Tak naprawdę jestem w stanie współczuć znajomym, gdy skarżą się na konieczność spędzenia iluś tam minut czy godzin dodatkowo w samochodzie (na szczęście nie kilku dni – jak to zdarzyło się niedawno w kraju położonym na wschód od cywilizacji). Trochę to współczucie psuje konstatacja, że sami są sobie winni.Przecież sami, dobrowolnie, w ten samochód wsiedli, a stojąc w korku nie są jedynie jego ofiarami. O nie, oni sami go współtworzą! No ale zgodzę się, że nie zawsze mieli alternatywę, i choć trudno mi to zrozumieć (mam trójkę dzieci, pracę, zajęcia dodatkowe i nie używam auta w mieście), to jednak jakoś jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, gdzie bez auta ani rusz.

Nie będą również się zachwycał rzeczą dla rowerzysty oczywistą – miasto zakorkowane to miasto bezpieczniejsze. Wszyscy jadą wolniej, lub nawet stoją, potencjalne zdarzenia to niegroźna stłuczka, a nie poważny wypadek. W korkach mniej pieszych ginie rozjechanych na przejściach, mniej samochodów jadących „dynamicznie ale bezpiecznie” wypada z jezdni zabijając kogoś na chodniku…

Nie chodzi mi również o to, że im większe korki, tym więcej rowerzystów. Ale jest to fakt – im więcej osób będzie miało dość stania, tym więcej wybierze rower. Tym więcej będzie rowerzystów na ulicach, tym bardziej kierowcy będą przyzwyczajeni, będzie bezpieczniej. Więcej rowerzystów to więcej wyborców zainteresowanych dobrą infrastrukturą rowerową, to większa szansa na jej rozbudowę. Mógłby ktoś dodać złośliwie – im więcej rowerzystów, tym większe korki… Ale to nie rowerzyści tworzą korki. Proponuję eksperyment myślowy – w poniedziałek zakaz jazdy rowerem, we wtorek zakaz jazdy samochodem. Kiedy będą większe korki?. Rowerzyści to efekt korków, ale nie tylko.

Trochę lubię krakowskie korki z sentymentu. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze te korki były, zawsze na nie można było narzekać. Poza tym są one jakoś wyjątkowo odporne na działania władz – coraz to nowe drogi oddawane do użytku, a korki rosną. Lepsza sygnalizacja – korki rosną. Dwa pasy zamiast jednego – znowu urosły. Z drugiej strony jakoś dają żyć – nie zablokowały Krakowa.

Ale polubiłem korki po przeczytaniu kilku artykułów, które potwierdziły, że to nie przypadek.  Im większa sieć dróg, tym większe korki. Im więcej pasów, tym potężniejszy zator. Ktoś może zarzucić, że to szalone teorie – okazuje się, że nie. Tak oczywiście nie jest zawsze – jest to cecha miast (a nie wsi lub autostrad), w których dużo osób stać na samochód. Tak dużo, że gdyby wszyscy chcieli z niego skorzystać, to zatkaliby miasto na amen. Nie zmieściliby się fizycznie na jezdni.

Korek zatem nie zmniejsza się, gdy wybudujemy nową drogą. Nie zmniejszają go cykle świateł (aczkolwiek mogą regulować przepustowość, o czym za chwilę). Korek sam się reguluje. Po prostu, jeśli ulice są zbyt zatkane, część osób wybierze inaczej – pojedzie autobusem, rowerem, pieszo, o innej godzinie, albo w ogóle zrezygnuje i kupi marchewkę w warzywniaku na osiedlu, a nie w supermarkecie. Jeśli ulice będą zbyt luźne, znowu cześć osób wsiądzie do auta, aby podjechać po gazetę. W mieście takim, jak Kraków, korki nie zależą od sieci dróg, ale od tego, ile czasu kierowcy zgodzą się w nim poświęcić.

Korki w Krakowie - Gazeta.pl

Ale to jest właśnie dobre. To oznacza, że mieszkańcy wybierają sposób transportu (no i że, statystycznie, jesteśmy coraz bogatsi). To nie są lemingi, które muszą jechać bezmyślnie autem. To znaczy, że niezależnie od tego, jak będą wyglądały nasze drogi, ludzie dostaną się tam, gdzie chcą. Może nie tak, jak byłoby im najwygodniej, może nie wtedy, kiedy zamierzali, ale jakoś dotrą. To znaczy, że można zmieniać sieć dróg w Krakowie, a kierowcy się do tego dostosują. Ruch ureguluje się sam. I zawsze będzie się korkował w niektórych miejscach i o pewnych godzinach. I na pewno sytuacji nie poprawi rozbudowa i poszerzanie dróg.

Okazuje się, że w organizowaniu ruchu drogowego rozwiązania oczywiste wcale nie są najlepsze. Znane są przykłady, które pokazują, że ze wzrostem prędkości powyżej pewnego poziomu spada przepustowość. Znane są również przykłady, że zatrzymując sztucznie auta przed tunelem (sygnalizacją) można zwiększyć przepustowość tunelu. Morał z tego jest taki: tworząc miasto dla ludzi, trzeba czasem postąpić inaczej, niż „powszechna wiedza” nakazuje. I wcale nie będzie to zamachem na świętą wolność podróży. A im więcej możliwości wyboru, tym lepiej. Tym łatwiej ruch się ureguluje. Przy dobrej komunikacji, rozbudowanej sieci rowerowej i ułatwieniach dla pieszych wszystkim jest lepiej – kierowcom też. Gdy próbujemy robić wszystko dla wygody kierowców, oni na tym tracą.

A korki? Były, są i będą. Wypadałoby je polubić.

  • Andrzej

    Nie zrozumiałeś paradoksu Braessa. Nie chodzi o to, że większa sieć dróg to większe korki, ale o to, że jedna porządna arteria potrafi zebrać tyle ruchu z bocznych uliczek, że się zakorkuje. Co jest w sumie zjawiskiem pozytywnym, bo lepiej, żeby ludzie jeździli jedną ulicą przeznaczoną w większości dla samochodów, niż po dziesiątkach osiedlowych uliczek.

    • Marcin Dumnicki

      Nie do końca o tym pisałem. Przykładowo: Bocznymi uliczkami przejeżdża 1000 aut na godzinę. Wybudowano arterię. Według Ciebie, arterią pojedzie 800 aut na godzinę, uliczkami 200 – i tu masz rację, ruch się tak rozłoży.

      Ja piszę o tym, że arterią pojedzie 1500 aut na godzinę, uliczkami 300. Oprócz zebrania ruchu z uliczek, arteria wygeneruje dodatkowy.

      Oczywiście przykład wzięty z sufitu, jako ilustracja. Ale tak to mniej więcej działa.

      • Andrzej

        Skoro tak, to źle podlinkowałeś. Paradoks Braessa opisuje sytuację dla skończonej liczby pojazdów, a nie nieskończonej.

      • gronel

        Czysto teoretyczny model paradoksu zakłada, że RUCH SIĘ NIE ZMIENIA. Paradoks polega na tym, że człowiek wybiera wariant najkrótszy dla siebie, który nie jest wariantem najkrótszym dla ogółu. I tyle.

        Wpływ budowy nowych dróg jest bardziej złożony bo zwykle on się wiąże, że zmianą ilości pojazdów (zwykle zwiększenie). A to skutkuje zwykle brakiem zauważalnej zmiany w ruchu na starej drodze bo ludzie będą korzystać z samochodu dopóki będzie to dla nich opłacalne w kwestii czasu. Problem pojawi się dopiero w miejscu gdzie owe drogi się połączą i jedna droga będzie musiała przejąc większą liczbę pojazdów.

        Dlatego paradoksu ciężko szukać w przypadku nowych dróg. Łatwiej jest szukać przy zamykaniu co zresztą pokazują badania.

      • Marcin Dumnicki

        @Andrzej – faktycznie, link nietrafiony. Co ciekawe, ja go nie wstawiałem :-) Albo Sieć zaczyna przejawiać własną inteligencję i osobowość, albo któryś z redaktorów ibike chciał „lepiej”…

  • Jeżeli idzie w nich normalnie przejechać rowerem to uwielbiam ;)

  • Ale po co lubić?

  • Wolę bajkiem jechać w korku niż mieć na karku auta pędzące setką.

  • Takie właśnie wnioski i mi się nasuwały powoli, po paru miesiącach zainteresowania tematem. Ile pieniędzy zaoszczędziłyby nasze miasta, gdyby opinia publiczna znała tę prawdę. Już dawno w każdym dużym mieście byłaby porządna sieć Dróg Rowerowych i lepsza komunikacja zbiorowa, efekty byłby te same, co dziś – w korkowaniu się!

  • albo efekty i lepsze…

  • to uczucie, kiedy wszyscy stoją, a ja jadę .. :-)))

  • Jan Biskup

    Lubię, dopóki nie jadę samochodem.

  • Mateusz Wabik

    korki to wynik nadmiernej ilości świateł w mieście

  • Łukasz Głowacki

    Jak ktoś lubi smród spalin stojących samochodów, to pewnie do korków także pała sympatią.

  • Tomek Więcek

    Zgadza się! Korki są z powodu nadmiernej ilości aktywnych świateł mijania!

  • Nie tylko lubię, ale wprost uwielbiam :) Zastanawiam się tylko ilu kierowców myśli sobie „kurcze, stoję tu przez swoją głupotę i wygodnictwo”, a ilu zwala na rowerzystów, pieszych, tramwaje, światła, whatever…

  • Mateusz Wabik A ja myślałem, że przez nadmiar samochodów.