Mój pierwszy raz – masowo!

Mój pierwszy raz – masowo!

Tak jak pisałam tutaj, postanowiłam wreszcie dotrzeć na Krakowską Masę Rowerową. Od kiedy usłyszałam o tej imprezie (a było to w maju 2005 roku, kiedy właśnie kupiłam mojego ślicznego Rosynanta), myślałam o niej bardzo pozytywnie. Co może być fajniejszego niż zjednoczenie, chociaż na jeden wieczór, towarzystwa pedałujących? Ale każdy piątek jakoś mi tak wypadał – albo pracowałam, albo lało, albo byłam poza Krakowem, albo bawiłam na jakiejś innej imprezie, a kiedy już miałam wieczór wolny, stwierdzałam, że jestem zmęczona i „niechcemisię”. Ostatecznie jednak DOTARŁAM.

Pojechałam więc tego 31 sierpnia na Rynek i stamtąd wyruszyłam w kilkusetosobowej gromadzie rowerowych świrów punktualnie o 18, przy dźwiękach orkiestry dętej „Solidarności” i asyście policji. Z każdą minutą czułam się fajniej, pedałując sobie w takiej wielkiej gromadzie. Zaskakująco fajnie, wziąwszy pod uwagę fakt, że nie znoszę tłumów ograniczających moją mobilność. Ale byłam 113 osobą spośród 390 – co dało mi przyjemne poczucie chwilowej przynależności. Dodatkowym plusem było pozytywne przyjęcie ze strony kierowców czekających z naszego powodu na skrzyżowaniach: odprowadzali nas uśmiechem i pełnymi sympatii spojrzeniami.

W dwie godziny przemierzyliśmy kilkanaście kilometrów (tempo dostosowuje się, jak wiadomo, do najsłabszych uczestników – a jechały z nami te wspaniałe kilkulatki na swych dwukołowych maszynach!), hałasując ile wlezie dzwonkami i klaksonami. Było kilka momentów miłych (wymienianie pełnych aprobaty spojrzeń z posiadaczami co ładniejszych dwukołowców) i mniej miłych (prośba od policji o włączenie lampek – połowa masowiczów nie miała czego włączyć). Ostatecznie wylądowaliśmy pod Muzeum Narodowym, skąd chętni mogli udać się na specjalne nocne zwiedzanie kolekcji sztuki współczesnej. Ja z okolicznościową naklejką w dłoni i bananem na twarzy popedałowałam do Kina Kijów, gdzie czekał mnie ciąg dalszy atrakcji.

Jeszcze nie wiem, czy wybiorę się na Masę we wrześniu, bo dużo zależy od pogody (dla mnie rower jest środkiem transportu, nie filozofią życia, więc wybieram go tylko kiedy daje mi przewagę nad autobusem). Ale cieszę się, że udało mi się dotrzeć i przejechać całe naście kilometrów – było to zdecydowanie pozytywne doświadczenie!

Wpis oryginalnie opublikowany na blogu "Ekskribicjonizm kontrolowany".

Krakowska cyklistka i blogerka od 7 lat. Lubi grać w Scrabble, piec ciasta i czuć wiatr we włosach. Nie znosi bezsensu i kostki Bauma. Jeździ zgodnie z przepisami.

  • Andrzej

    Tak ładnie napisałaś, że aż się chce… umasowić. I te uśmiechy i wyrazy sympatii u kierowców. Nie pomyliłaś miasta i kraju?

  • Frantz

    Grymas na twarzy kierowców podczas masy jest bezcenny. Szkoda, że nie rozumieją co by się działo na tych samych ulicach gdybyśmy zamiast rowerami pojechali samochodami. Czy wówczas byłoby szybciej?

    • Nipsu

      Kiedyś się właśnie nad tym zastanawiałem, co by się stało jakby zamiast 300-400 osób na rowerach pojechało tyle samo samochodów. Zapewne „ogony” korków wydłużyłyby się o kolejne kilometry…