Socjalizm samochodowy, a gospodarka wolnorynkowa

Socjalizm samochodowy, a gospodarka wolnorynkowa

Czy opłaty za parkowanie, a także te kongestyjne są sprawiedliwe? Czy nie premiują czasem bogaczy, których stać na parkowanie, czy wjazd do centrum, a biedota jest skazana na w domyśle „gorsze i wolniejsze” tramwaje? Czy czasem dzięki „congestion charge” w Londynie czy Sztokholmie zatłoczenie ulic spadło kosztem zmniejszenia się liczby biednych kierowców, a bogacze dalej jeżdżą w najlepsze? Czy czasem nie jest tak, że przez strefę płatnego parkowania w Krakowie w centrum parkują tylko ludzie bardziej majętni, a ci biedniejsi kierowcy muszą się wynieść na Podgórze i Grzegórzki, bo samochód jest im niezbędny do życia?

Trzeba na takie pytania śmiało odpowiedzieć TAK, wszystko to prawda, ale nie ma w tym nic złego, bo do identycznych regulacji doprowadziliśmy w o wiele ważniejszych aspektach życia. Polska to kraj gospodarki wolnorynkowej, a obecny zestaw ulg dla samochodów to ostatni relikt komunizmu. Obecny zestaw patologii związanych ze sztucznym dotowaniem transportu samochodowego w miastach utwierdza mnie w przekonaniu że dla Polaków auto to nie środek transportu, a religia!

(Nie)Płacę za swój samochód w benzynie?
Kierowco, płacisz opłatę paliwową, zgadza się, ale te pieniądze nie idą na budowę dróg w mieście, tylko do funduszu drogowego na budowę dróg krajowych i autostrad. Akcyzy nie płaci się tylko za paliwo, a minimalny poziom akcyzy od paliw narzuca UE. Płacisz VAT za paliwo? Super, ale jak kupię bagietkę to nie wymagam żeby VAT z niej szedł na wspieranie piekarni. Miasto nie ma żadnych pieniędzy z płaconych przez kierowców podatków za paliwo (akcyzy, vatu, opłaty paliwowej), a jednocześnie ponosi ogromne koszty utrzymania i rozbudowania infrastruktury drogowej, z pieniędzy z PITu i CITu, które mogłoby/powinno wydać inaczej np. na przedszkola, żeby ludzie się nie tłukli przez pół miasta SUVem z dzieckiem tylko je zostawili w okolicy – co by np. zmniejszyło korki. Błahostka: państwo ponosi koszty wypadków samochodowych wynoszące kilka mld zł rocznie, ponosi też koszty leczenia obywateli idące w dziesiątki mld złotych związane z otyłością i powikłaniami jakie za sobą ciągnie (głównie choroby układu krążenia, które są obok nowotworów główną przyczyną śmierci, a ryzyko ich wystąpienia jest kilkukrotnie wyższe u osób z małą ilością ruchu, nadwagą i otyłością właśnie, zresztą nawet wśród nowotworów zdarza się korelacja, że osoby aktywne fizycznie chorują na nie rzadziej). Po tym wstępie chyba nikt nie ma wątpliwości, że płacenie za paliwo nie ma nic wspólnego z zadość uczynieniem miastu za poruszanie się autem po nim.

Mieszkalnictwo
Kocham pierzejową zabudowę, Stare Miasto, Kazimierz … chciałbym tu mieszkać, ale nie stać mnie na mieszkanie w tak drogiej lokalizacji, kupiłem więc sobie mieszkanie w bloku kilka kilometrów dalej … Tymczasem bogatego stać na mieszkanie w centrum i może się rozkoszować tym, co jest dla mnie finansowo niedostępne. Czy jest to uczciwe? Wolny rynek w mieszkalnictwie robi dokładnie to samo przeciwko czemu protestują przeciwnicy „congestion charge”, z jedną różnicą: w transporcie mamy tańsze alternatywy w postaci komunikacji miejskiej lub roweru, a w mieszkalnictwie nie mamy odpowiednika TBSów w zabytkowym centrum. Czemu miasto klęka przed problemami udręczonej rodziny z Kazimierza, która ma 3 samochody, wobec czego „potrzebuje” 3 ulgowe abonamenty parkingowe dla mieszkańców, a jednocześnie to samo miasto jest zupełnie obojętne na los rodziny z 3 małych dzieci w 2 pokojowym mieszkaniu, której bezwzględnie przydałoby się mieszkanie przynajmniej 3 pokojowe. Z czego to wynika? Albo czemu bogaty singiel ma często mieszkanie większe niż rodzina wielodzietna? Ktoś powie, że mieszkanie w centrum to jakaś forma luksusu – zgadza się. Ale z ust kierowców często słychać, że auto daje im komfort i luksus podróżowania, że „oni po prostu wolą auto, bo siedzą sobie w klimatyzowanym/ogrzewanym samochodzie, słuchają sobie swojej ulubionej muzyki i jadą gdzie chcą i nikt ich nie może zmuszać opłatami do przesiadki do zatłoczonego tramwaju, gdzie są narażeni na towarzystwo ludzi, których niekoniecznie chcą widzieć”. Tyle że osoby, które kochają śródmieście, które uwielbiają to, że wszędzie jest blisko, a dostęp do kultury jest dużo większyniż na peryferiach są brutalnie zmuszane finansowo do wyboru miejsca zamieszkania dalekiego od swoich idealistycznych preferencji. Jakoś nikt nie krzyczy, że to niesprawiedliwe, bo przez taki system przywilej mieszkania w centrum został ograniczony jedynie do tych najbogatszych.

Jedzenie
Biedny je mielonkę, lub kiełbasę z 30% zawartością mięsa, czy raczej ścięgien. Bogaty je drogą, zdrowszą żywność. Czy to społecznie sprawiedliwe? Czemu dostęp do zdrowej, czy ekologicznej żywności został cenowo ograniczony do tych najbogatszych?

Służba zdrowia
Realia tej publicznej są takie, że często ten biedny musi czekać wiele miesięcy na specjalistyczne badania, co w przypadku np. nowotworów oznacza mniejsze szanse na przeżycie. Ten trochę bogatszy po prostu zrobi sobie takie badania już następnego dnia w prywatnym zakładzie opieki zdrowotnej. Zresztą standardem w korporacjach stał się teraz pakiet prywatnej opieki medycznej, który zapewnia o wiele wyższy standard usług niż ten dostępny dla maluczkich korzystających z publicznej służby zdrowia. Czemu bezrefleksyjnie reglamentujemy zdrowie i życie wg klucza zasobności portfela?

Wydalanie
Jesteś „na mieście” i chcesz „iść za potrzebą”. Masz do wyboru, albo płatną publiczną toaletę, albo płatną toaletę w jednym z okolicznych lokali. Bezpłatne wydalanie na ulicy jest karane mandatem. Skomercjalizowaliśmy więc jedną z najbardziej podstawowych potrzeb człowieka, a przecież każdy nikt nie wali kupy na środku chodnika tłumacząc się, że gdzieś przecież musiał zaparkować załatwić się, a nie będzie płacił 3 zł za prywatny parking 2 zł za skorzystanie z toalety w restauracji.

Dostęp do kultury
Bogaty pójdzie na więcej koncertów, spektakli, seansów, kupi więcej płyt, bez oszczędzania pojedzie na koncert do Pragi i wykupi sobie abonament HBO. Jaki dostęp do kultury ma w porównaniu z nim osoba biedna? Czy to przypadkiem nie był jeden z powodów wysokiej frekwencji protestów przeciwko ACTA?

Dostęp do studiów wyższych
Dzieci osób bogatych mogą poświecić się studiowaniu na renomowanych uczelniach. Dzieci biedoty często muszą naukę pogodzić z mało rozwijającą pracą na przysłowiowym zmywaku, by zdobyć pieniądze na mieszkanie, czy jedzenie, przez co mogą mieć gorsze wyniki na studiach, a w konsekwencji zdecydować się na studia zaoczne. Dzieci bogatych najczęściej są też lepiej wyedukowane już na egzaminach wstępnych, dlatego trafiają do czołowych bezpłatnych szkół wyższych, za to te gorzej wyedukowane dzieci biednych rodziców trafiają na płatne studia zaoczne, czy płatne dzienne na prywatnej uczelni.

Dostęp do chodnika
Gdy chcemy skorzystać z publicznie dostępnego chodnika np. w celu ustawienia na nim rusztowania przy remoncie kamienicy, albo przy urządzaniu sobie ogródka piwnego przy restauracji to płacimy za to opłatę za zajęcie pasa drogowego. Nikogo to nie oburza, a jednak opłaty za identyczne zachowanie parkującego kierowcy wzbudzają już sporo emocji u większości kierowców. Skąd u kierowców ta pogarda dla wolnorynkowych mechanizmów?

W zasadzie mógłbym taką wyliczankę kontynuować w nieskończoność: można napisać coś o ograniczonym dostępie do turystyki zagranicznej, o nieosiągalnej podróży na wakacje samolotem do Gdańska, czy o restauracjach w centrum Krakowa, na które nie stać już najbiedniejszych Krakusów. Po prostu w Polsce obowiązuje twardy kapitalizm i wolnorynkowe zasady nie omijają żadnej dziedziny życia, no przepraszam, jest jedna pominięta: to transport samochodowy w miastach. Naprawdę nie ma nic nieracjonalnego w tym, by kierowcy płacili za poruszanie się po mieście w godzinach w których występuje kongestia, np. tak jak w Sztokholmie, gdzie opłaty są najwyższe w godzinach szczytu, a brak opłat występuje w godzinach gdzie transport samochodowy nie powoduje żadnych problemów. Podobnie racjonalne są opłaty za parkowanie na terenach, gdzie mamy deficyt miejsc parkingowych. Jeśli już chcemy coś dotować to stwórzmy bezpłatny transport publiczny, przykład dało belgijskie Hasselt. Czy jakimś problemem jest to, że z auta zrezygnują Ci najbiedniejsi, że kogoś przymusi się do tramwaju? Nie to żaden problem, raczej samo życie. Wg kierowców poruszanie się samochodem jest „bardziej komfortowe i szybsze” niż komunikacja zbiorowa, to dlaczego coś lepszego ma być bezpłatne, jeśli coś teoretycznie gorszego jest od dawna płatne? Skoro skomercjalizowaliśmy już o wiele ważniejsze aspekty naszego życia takie jak dostęp do mieszkań, do zdrowego jedzenia, sprawnej służby zdrowia, kultury czy nawet skomercjalizowaliśmy wydalanie, to naprawdę nie widzę żadnego powodu by dla transportu samochodowego robić wyjątek i utrzymywać sztuczne regulacje dotowane de facto przez nas wszystkich. Szanowni kierowcy komunizm skończył się w 1989, a opłaty za parkowanie, a wkrótce mam nadzieję także kongestyjne są naturalnym mechanizmem rynkowym, który poprawi sytuację na naszych jezdniach i chodnikach.

PS. Jeszcze większy „socjalizm samochodowy” panuje w USA.

FAQ:
Ponieważ jestem pewien 2 rodzajów pytań w komentarzach to od razu na nie odpowiem:
1. Tak, mam samochód i się nim czasem poruszam. Moje poglądy na życie są w dużej mierze prawicowe i nie widzę nic złego w urynkowieniu zasad poruszania się samochodem po mieście.
2. Tak jestem za wprowadzeniem opłat także na rowery, ale po uwzględnieniu wszystkich czynników jakie wpływają na społeczny koszt danego środka transportu. Prawdopodobnie po takiej analizie opłata za rower nie tylko byłaby zerowa, a nawet wprowadzono by dopłaty za jazdę rowerem, ze względu na olbrzymie oszczędności w dziedzinie zdrowia publicznego.

Od urodzenia w Krakowie. Absolwent Wydziału Inżynierii Elektrycznej i Komputerowej Politechniki Krakowskiej. Związany ze Stowarzyszeniem Kraków Miastem Rowerów, oraz Stowarzyszeniem Przestrzeń-Ludzie-Miasto. Pierwsza publikacja na ibikekrakow: 17 marca 2010. Zainteresowania: - rowerowe BRD (edukacja, walka z mitami, SEWiK), - ruch pod prąd (animator akcji "Rowerem legalnie pod prąd"), - przewóz dzieci, - edukacja ws zanieczyszczeń, - promocja: Kraków na skróty, Rower mój środek transportu, - przyczepki, rowery cargo, rowerem na zakupy, rower i handel, - rowery w liczbach, statystyki, - zrównoważony transport (budżet), - sprzeciw wobec promowania i obligatoryjności kasków, - zmiana przepisów dla nietrzeźwych rowerzystów, - polityka parkingowa (w tym płatne parkowanie, parkowanie i handel), - transport zbiorowy,

  • pg

    Piszże człowieku po polsku :D co to znaczy „kongestyjny”?

    • Jakub Stępak

      Por. congestion charge z Londynu ;)

    • Adam Łaczek

      kongestia to polskie słowo, tyle że mało znane

  • madziu

    Mam wrażenie, że zostałem trochę wywołany do tablicy ;).

    Wszystko fajnie, tylko zapomniałeś o tym, że wszystkie te aspekty, poza wydalaniem, nie mają wpływu na innych.
    Czyli:
    Mieszkam w małym i ciasnym mieszkaniu, ale to moja sprawa i nikt poza mną nie odczuwa uciążliwości tego rozwiązania.
    Jem mielonkę, ale nie każę nikomu wąchać jej zapachu/smrodu.
    Służba zdrowia – tutaj akurat TEORETYCZNIE wszyscy mają równe prawa, jeśli tylko są ubezpieczeni.
    itd.

    Do rezygnacji z samochodów w centrum należy przymuszać/nakłaniać (niepotrzebne skreślić) WSZYSTKICH, bo auto bogatego nie jest mniej uciążliwe dla reszty niż auto biednego.

    Ja nie bronię tutaj swoich „praw”, bo teoretycznie jestem mieszkańcem ścisłego centrum mającym prawo do taniego abonamentu. Nie mam go jednak, bo tak naprawdę w ścisłym centrum nie mieszkam a jak potrzebuję się tam dostać to wygodniejsze są KM lub rower.

    • Adam Łaczek

      Trochę nie rozumiem, opłata za wjazd do miasta też jest uciążliwa tylko dla osoby która to płaci, więc trochę nie rozumiem Twoich porównań :) Mało tego dopłaty np do mieszkań w centrum nie wpłyną pewnie na życie innych, a opłaty kongestyjne wpłyną pozytywnie na innych

      • madziu

        No rzeczywiście nie rozumiesz o co mi chodzi. Nie chodzi o uciążliwość opłaty, a o uciążliwość czynności podlegającej opłacie. Jeśli czynność jest uciążliwa dla innych, to powinna być zabroniona, a nie podlegająca opłacie. Popatrz na przytoczone przez Ciebie s…nie. Osoba majętna nie może sobie wykupić abonementu na defekowanie na środku rynku. Może to zrobić jedynie nielegalnie i liczyć na to, że nikt jej nie złapie. Tak samo powinno być z wjazdem i parkowaniem w pewnych częściach Krakowa.
        To znaczy tak naprawdę to ja jestem za „systemem mieszanym”, czyli żeby opłaty zniechęcały, ale żeby nie stanowiły bariery ale również żeby mając dużo kasy do wydania nie można było robić czego się chce. Np. pierwsze 2 godziny parkowania koszują X, ale nie wolno Ci przebywać w strefie powyżej tego czasu, bo zapłacisz mandat, który zaboli nawet bogatego, a poza tym z automatu zholują (ort.?) Ci auto i będziesz musiał dymać na drugi koniec miasta, żeby je odebrać.

        Bodajże w Los Angeles mandaty za parkowanie nie są wysokie, ale żeby zapłacić mandat musisz OSOBIŚCIE pofatygować się do urzędu, do okienka, które jest czynne przez 2 godziny w środku dnia i zapłacić gotówką. To nie jest zrobione dlatego, że Amerykanie są zacofani technologicznie…
        Ja z tej przyczyny jestem przeciwnikiem rozwiązania „płać za parkowanie komórką” typu mpay. Korzystam z tego, bo to wygodne, ale parkowanie w centrum nie powinno być wygodne, więc powinno się móc płacić tylko gotówką i tylko w parkomatach. Takie małe rzeczy to wbrew pozorom dodatkowe czynniki zniechęcające.

      • Adam Łaczek

        Ok, ale ja nie jestem za cenami zapoprowymi. Np jestem za tym by cena za parkowanie była taka by miejsca parkingowe były zapełnione w 90% jak w Kopenhadze. Zresztą trudno zdefiniowac co to jest drogo a co tanio. Dla osoby przyjeżdżającej do pracy do centrum cena 3 zł/h parkowania to pewnie dużo, a dla osoby przyjeżdżającej kilka razy w ciągu tygodnia by coś załatwic to pewnie tanio – mimo teoretycznie podobnych zarobków. Ale właśnie o to chodzi – By ci co najwięcej korzystają korzystali rozsądniej.

  • akme

    po polsku byłoby „końdżeszczualny” :D no słyszałem że w Szwecji (albo Norwegii) płacono obywatelom za jazdę na rowerze (do iluś tam km tygodniowo). Nie chodzi przecie o to by „bogaty” mogł se za odpowiednią opłatą wjechać na błonia albo na planty. Podobnie było z palaczami, wpierw można było palić wszędzie, w urzędach w kinach idt. a teraz przecież to jest nie do wyobrażenia by ktoś obok mnie w kinie kopcił gdy siedzę z synem. No ale sporo osób niepalących padło trupem tylko dlatego że w ich biurze biurko dalej siedział natrętny egzystencjalsta z galuazem non stop przez np dwadzieścia lat. Auta niestety ale powoli nas podtruwają, albo się mylę .

  • Hubert

    Powiem szczerze, że artykuł trochę chaotyczny, ale teza jak najbardziej jasna i w pełni się zgadzam: chcesz jeździć autem, to płać (dosłownie: pokrywaj koszty swojej miłości do auta).

    • madziu

      Ale powinna być strefa, gdzie niezależnie, czy masz czym płacić, czy nie, jeśli nie jesteś mieszkańcem jeździć nie możesz i w Krakowie powinna być ona zdecydowanie większa niż strefa B.

  • jacekd

    Zgadzam się z tezą ogólną. Natomiast miasto swoją polityką, i ostatnim ruchem z podniesieniem cen biletów robi coś przeciwnego. Zamiast zaplanować długoletnią politykę dążenia do obniżania cen biletów, tak aby dojść do ceny minimalnej „bariery wejścia” (50 groszy ?, 20 ?) bo co za darmo to nie szanowane, to robi dokładnie na odwrót.
    W Krakowie natychmiast powinno się zrobić dwie rzeczy:
    – obniżać co rok opłaty za bilety, zasypując „dzurę budżetową w MPK” pieniędzmi z inwestycji drogowych
    – zmienić totalnie politykę biletową tak abym na jednym bilecie mógł wsiąść do czegokolwiek jadąc gdziekolwiek i przesiadając się po drodze do celu nawet 5 razy – wzorem miast niemieckich.

    Obecnie jadąc do centrum z rodziną, opłaca mi się wyciągać auto. I tak płacę koszty stałe jego posiadania, parkowanie w weekendy jest darmowe, wychodzi taniej i wygodniej, podliczając cenę biletów tam i z powrotem dla rodziców i dwójki dzieci. Miasto bardzo chce żebym nawet weekend wyciągał samochód. Na szczęście do pracy jeżdzę rowerem, a samochód w dniach roboczych używam sporadycznie.

  • madziu

    @jacekd,
    To, co napisałeś świadczy o tym, że Ty w ogóle nie potrzebujesz samochodu. W tygodniu używasz samochodu sporadycznie (czyli bardziej by się opłacało w razie potrzeby pojechać taksówką niż kupować samochód), a w weekend używasz samochodu do podróży po mieście, bo skoro już i tak go masz (ale prawie nie używasz) to sam koszt benzyny jest mniejszy niż koszt biletów ;).

    • jacek d.

      Oj , będę go bronił, nawet za cenę wysiokiego rocznego utrzymania :) Poza Krakowem też istnieje życie :)
      Świadomie chcę mieć samochód. I go mam :)

      • madziu

        To była lekka prowokacja :). My mamy z małżonką 2 samochody i mimo, że mój (samochód) w tygodniu głównie stoi też się go nie pozbędę, bo potrzebuję go rzadko, ale jednak potrzebuję i taksówki mi go nie zastąpią. Nie da się oszczędzać na wszystkim a rachunek ekonomiczny nie zawsze jest tym najsensowniejszym.

  • jacekd

    Nie otwierajmy tego pudełka ;) Wystarczy na początek walczyć z używaniem samochodów na dystansach „wyrzuć śmieci, idź po chleb”. Koniec tematu ;)

    • madziu

      :)

  • Pingback: MBA: Opłata kongestyjna, czyli opłata za wjazd samochodem do centrum | I bike Kraków()

  • Pingback: Polityka prorodzinna vs polityka prosamochodowa | I bike Kraków()