Głos w sprawie Kazimierza

Oto list jaki otrzymaliśmy od Janusza Makucha – dyrektora krakowskiego Festiwalu Kultury Żydowskiej.

1. Jeżdżenie pod prąd, akceptowane w wielu krajach świata,
świadectwo wzajemnego poszanowania różnic między rowerzystami i zmotoryzowanymi,
jest o niebo bezpieczniejszą formą poruszania się rowerzysty po drodze,
aniżeli jazda zgodnie z wyznaczonym kierunkiem.
Nie twierdzę, że zawsze i wszędzie, ale prawie zawsze i prawie wszędzie.
Łatwiej i szybciej reaguje się, gdy się widzi, niż gdy się nie widzi.
Uniknąć strzału w plecy.
Przede wszystkim obaj, i kierujący autem i jadący rowerem mają ze sobą kontakt wzrokowy.
Śledząc swoje poczynania automatycznie zachowują wiekszą ostrożność.
Tylko ktoś, kto nigdy nie jechał pod prąd nie rozumie, o czym mówię.
A swoja drogą…, przepraszam, czy jest ktos taki, kto NIE jechał pod prąd…?
Ryzyko najechania na rowerzystę jest o wiele mniejsze, niż w przypadku wyprzedzania go.
Panowie, przecież wszyscy wiemy, że podstawowy problem, z którym wielu zmotoryowanych
nie umie sobie poradzić, to problem mentalny, wyrażający się pogańską niechęcią do rowerzystów.
Zmotoryzowani nas uprzedmiotawiają!
Co dzieje się z człowiekiem z chwilą zatrzaśnięcia za sobą drzwi do auta?
Przecież zdarza sie niejednokrotnie, że ten sam zmotoryzowany przesiada się na rower!
( Już darujmy sobie Holandię, nie pognębiajmy się i nie rozwiewajmy złudzeń, że pewne zmiany są jednak w Polsce możliwe.)
Mam oczywiście swoje podejrzenia i nie są one ani rewolucyjne ani oryginalne ani odosobnione.
Otóż na naszych drogach panuje chamstwo, brak wzajemnego szacunku, głupie poczucie wyższości, pogarda i może nie tyle
nienawiść, co wzajemna wściekłość.
Te wszystkie uczucia najbezpieczniej i najbardziej konfortowo wyładować na „słabszym”,
czyli najczęściej na nas, rowerzystach.
O wiele łatwiej jest zabić człowieka strzałem w plecy, aniżeli patrząc mu w oczy.
Nie dziwcie się, przez analogię ma to zastosowanie w przypadku relacji zmotoryzowany – rowerzysta.
Dlatego uważam, że pokazując zmotoryzowanemu swoją twarz, działamy paraliżująco na jego bezkarne poczucie wyższości.
On nie widzi już tylko roweru, on dostrzega także człowieka.
No i wymuszamy ostrożniejsza jazdę.
Wymuszając ostrożniejszą jazdę, zmniejszamy ryzyko wypadku.
Zmiejszając ryzyko wypadku, zwiększamy szanse przeżycia…, w „najlepszym” razie kalectwa.
Czy życie choćby jednego człowieka nie jest warte zmian w przepisach ruchu drogowego?!
Jasna cholera, czuję się wyjątkowo głupio, tłumacząc tę prawdę.
Panie i panowie z ZIKiT pewnie bedą mieli swoje własne, uzasadnione racje, ale wiadomo, że racje nie znoszą prawdy.
Więc trzeba im uświadamiać, uświadamiać z nieustępliwą łagodnością, że tu nie o przepisy chodzi, ale o ludzkie życie.
2. Błogosławiona Strefa Tempo 30 i skrzyzowania równorzędne.
Moje biuro mieści sie w kamienicy na rogu Józefa i Jakuba.
Codziennie, c o d z i e n n i e jestem świadkiem przekraczania granic prędkości, zdrowego rozsądku i granic moralnych.
Rozpędzone auta…, nie rozpędzone auta – kierowcy, ludzie w rozpędzonych autach mkną ulicą Józefa, Jakuba,
Miodową, Estery, Bożego Ciała, w zasadzie wszystkimi ulicami nie robiąc sobie nic z obecności innych ludzi,
turystów, matek z małymi dziećmi, osób starszych, słowem setek i tysięcy osób,
na których zaparkowane na chodnikach auta wymuszają przemieszczanie się ulicami.
Kwestia wypadku śmiertelnego jest tu wyłącznie kwestią czasu!
Strefa Tempo 30 powinna zostać wprowadzona humanitarnym dekretem od JUŻ!
Powtarzam – raczej prędzej niż później ktoś zginie na Kazimierzu pod kołami jadącego z nadmierną prędkością auta.
Gdzie wówczas będą urzędnicy?
Dwukrotnie zatrzymałem na Józefa, wyskakując przed maskę, rozpędzonych kierowców.
Mogli, jak nic, jechać 60 km/h…!
Mówię jednemu i drugiemu – „człowieku, zwolnij, tu jest masa ludzi, w każdej chwili ktoś może ci wyskoczyć i go zabijesz!”.
Dostałem na to następujące odpowiedzi:
Gość w minibusie ze słuchawką przy uchu; „Wszystko mam pod kontrolą, spadaj”.
Gość w starym audii : „jak co się stanie, to wszystkie konsekwencje biorę na siebie. Nic się nie stanie.”
Panowie, przemnóżmy to sobie nieskończoną ilość razy i podnieśmy do kwadratu banalnego skretynienia.
Otrzymamy cyfrę bliską ilości potencjalnych ofiar takiej moralności.
Nie wierzę w efektywność ewolucji.
Żeby chronić nasze własne bezpieczeństwo, nasze życie, spokój Kazimierza, rzekomo turystycznej oazy Krakowa,
wreszcie aby uchronić przed totalną dewastacją i nieodwracalnym zniszczeniem substancję Kazimierza
( kto ostatnio jechał, nie ważne rowerem czy autem, ulicą Jakuba…?)
trzeba odwagi i wyobraźni urzedników, gotowych na małą rewolucję.
A jak będą używać swoich racji, to każcie im, panowie, przechodzić przez jaką godzinę skrzyżowanie ulic Józefa i Bożego Ciała.
Albo poślijcie ich…, no bo ja wiem…, a choćby do takiej Filadelfii, do tej starej, gdzie Kościuszko kończył swój żywot,
niech sobie popatrzą, jak funkcjonują, z pożytkiem dla wszystkich, skrzyżowania równorzędne.
No i w konsekwencji…, skoro mamy mieć prawo jazdy pod prąd ( mój ulubiony sposób jeżdżenia rowerem od wielu, wielu lat),
skoro mamy mieć równorzędne skrzyżowania,
to musimy mieć Strefę zamieszkania na Kazimierzu.
That’s it.